Historia Łeby
  Łeba w czasie II wojny św.
 


Łeba w czasie II wojny św.

Jeńcy wojenni
Robotnicy przymusowi
Z dala od wojny
Listy żołnierskie
Rok 1945




Jeńcy wojenni


   Po zakończeniu kampanii francuskiej, w czerwcu 1940 roku do Łeby trafiło ok. 20-25  jeńców francuskich i belgijskich. Wykorzystywano ich do pracy przede wszystkim w rolnictwie, w miejsce zmobilizowanych pracowników oraz do pomocy  przy przetwórstwie ryb. Nie posiadam informacji, żeby zatrudniano ich na kutrach rybackich na morzu. Obóz jeniecki znajdował się przy ulicy Nowęcińskiej w budynku określanym jako dom ubogich. Był to przedostatni budynek po lewej stronie ulicy. Stanowił  z pewnością własność miasta lub kościelnej organizacji dobroczynnej.

   Warunki bytowe mieli dobre i nie głodowali. Wszystkie relacje są zgodne, że traktowano ich humanitarnie, mogli w miarę swobodnie się poruszać,  regularnie otrzymywać korespondencję i paczki z domu, jak również  z Czerwonego Krzyża. Przyczyn takiego uprzywilejowania należy się doszukiwać w porozumieniu kolaboracyjnego rządu Vichy z rządem Rzeszy, w sprawie traktowania francuskich jeńców wojennych.

   Jedynym strażnikiem i zarazem szefem tego stalagu, był starszy wiekiem żołnierz Wehrmachtu, który pewnie nie nadawał się do walki na pierwszej linii. Do pracy byli odprowadzani osobiście przez komendanta i tam pozostawali bez nadzoru. Po zakończonym dniu byli odbierani i odprowadzani na ulicę Nowęcińską. W późniejszym okresie wyjścia i powroty z pracy odbywały się bez nadzoru.

   Stosunek ludności do jeńców francuskich był poprawny i nie zanotowano przypadków jawnej nienawiści czy wrogości. Część z nich zaprzyjaźniła się z robotnicami przymusowymi z Ukrainy i w tym przypadku nikt nie robił większych przeszkód. Krew nie woda, więc i co niektórzy ponawiązywali intymne stosunki z dziewczętami ze wschodu. Jedna z kobiet była znana pod imieniem Anastazja.   

                      W tym domu przy ul. Nowęcińskiej (po lewej), mieścił się obóz dla jeńców francuskich.
                                                                                                                          Foto: Karol Trylewicz



   Na podobnych zasadach od 1944 roku przebywali w Łebie jeńcy radzieccy, których kwaterowano w małych drewnianych barakach w rejonie obecnej ulicy Parkowej. Ich liczba jest rozbieżna u różnych autorów i oscyluje w granicach 20 - 30 osób. Ich obóz był ogrodzony drutem kolczastym i do pracy byli prowadzeni pod nadzorem. Również na miejscu wykonywania robót nadzór prowadzili uzbrojeni strażnicy. Za ogrzewanie w barakach służyły żelazne kozy i piece. 

   Przeważnie zatrudniano ich przy budowie dróg i innych podobnych czynnościach. W pamięci mieszkańców wyglądali na wymizerowanych i wygłodzonych. Kontakty z miejscową ludnością były sporadyczne i podszyte interesownością w zdobyciu pożywienia. Jest to zupełnie naturalny odruch. Generalnie w całej Rzeszy jeńcy sowieccy byli najgorzej i najokrutniej traktowani ze wszystkich narodowości.

   Innym miejscem, gdzie więziono jeńców radzieckich, była Rąbka. Obóz był zlokalizowany kilkaset metrów za wjazdem na teren obecnego Słowińskiego Parku Narodowego, po prawej stronie. Składał się z kilku niskich na wysokość człowieka baraków, krytych słomą. W zimie ogrzewano je żelaznymi piecykami. Cały obiekt był ogrodzony wysokim na 3 metry płotem z drutu kolczastego. Również małe okienka baraków miały okratowania z drutu.  Za jedyne oświetlenie służyła centralnie ustawiona latarnia. Znajdowało się w nim 80 jeńców w wieku 30 - 40 lat. 

   Najmłodszy z nich, 25-letni czerwonoarmista o imieniu Pawel, był tłumaczem. Nadzór sprawowało 4 starszych żołnierzy, którzy prowadzili ,,niezbyt ścisły dozór”.  Rosjan zatrudniano przy budowie betonowej drogi, prowadzącej do stanowiska nr 2 Rakietowej Stacji Doświadczalnej na wydmach. Niedziela była dniem wolnym od pracy i wówczas jeńcy wykonywali różne przedmioty, przeważnie drewniane zabawki dla dzieci, które następnie wymieniali w mieście na żywność. Na tydzień przed wkroczeniem wojsk rosyjskich do Łeby, obóz został ewakuowany i jeńców wywieziono ciężarówkami. Ich dalszy los jest nieznany.
 
    W okresie wojny w Łebie i najbliższej okolicy nie przetrzymywano jeńców polskich. Sprawą oczywistą dla każdego  walczącego państwa, jest przetrzymywanie jeńców z dala od granic ich własnego kraju. W ten sposób pozbawia się ich ewentualnej pomocy z zewnątrz, przy próbie  ucieczki. Spore odległości i konieczność poruszania się na terytorium wroga powodowały, że tylko nielicznym udało się skutecznie uciec  *.
____________
* Opracowano min. na podstawie relacji 4 byłych mieszkańców Łeby. BdL - Buergerbrief nr. 6
 
 
 


Robotnicy przymusowi


   W mieście i okolicznych wsiach pracowała pewna liczba polskich robotników przymusowych z Generalnej Guberni, oraz robotnicy z innych państw. W nomenklaturze urzędowej nazywano ich "cywilnymi robotnikami cudzoziemskimi" (ausländische Zivilarbeiter). Oficjalnie nie używano określenia robotnicy przymusowi, tuszując w ten sposób niewolniczy charakter przedsięwzięcia. Najbardziej produktywnych mężczyzn Hitler wysłał na front i dlatego brakowało rąk do pracy. 

   W Łebie zatrudniano ich głównie w rolnictwie, ale też w przetwórstwie, budownictwie, rzemiośle i produkcji przemysłowej. Kobiety pracowały przeważnie jako pomoce domowe, kucharki, sprzątaczki, robotnice rolne, itp. Wszyscy robotnicy przymusowi musieli posiadać na ubraniu przyszyty znaczek z literą P, jako oznacznikiem narodowości polskiej. Robotników z Europy Wschodniej oznaczano napisem Ost (wschód). Obywatele podbitych państw zachodnich, nie byli w ten sposób znakowani.

Znaczki wyróżniające polskich i wschodnioeuropejskich robotników przymusowych w III Rzeszy. Wielkości znaczków na fotografii zbliżone do naturalnych.


   Ogólnie na roboty do Rzeszy zesłano z państw okupowanych 5 mln 721 tys. osób cywilnych i wykorzystywano do pracy ok. 1 mln 930 tys. jeńców wojennych. W tych danych mieści się 1 mln 660 tys. polskich robotników przymusowych i 28.316 polskich jeńców wojennych (stan z sierpnia 1944). Ich traktowanie przez niemieckich pracodawców było różne, od skrajnego upodlenia i fizycznego wyzysku do relacji humanitarnych. Wynagrodzenie robotników przymusowych wynosiło mniej więcej połowę wynagrodzenia Niemca na konkretnym stanowisku, z czego odciągano jeszcze 45 RM na nocleg i wyżywienie. 

   W praktyce otrzymywali oni na rękę od 6 do 39 marek miesięcznie. (Niemiecki robotnik zarabiał w granicach 120-150 marek). Najmniej dostawali robotnicy rolni, zaś najwięcej wysoko kwalifikowani fachowcy w przemyśle. Tak niskie zarobki miały charakter wyzysku i represji w stosunku do obywateli państw okupowanych, zwłaszcza, że dzień pracy trwał zazwyczaj 12 godzin.

   Swego czasu rozmawiałem z nieżyjącym już panem S., mieszkańcem Łeby od 1945 roku. W czasie wojny był on robotnikiem w gospodarstwie, w jednej z podłebskich wsi. Razem z nim pracowało u bauera jeszcze dwóch innych Polaków. Synowie gospodarza zostali powołani do Wehrmachtu, a oni pracowali za nich. Stosunki ze swoim pracodawcą określał jako dobre. Wszyscy zasiadali przy wspólnym stole do posiłków i wspólnie obchodzili święta, co podobnie jak inne formy spoufalania się,  było zabronione. 

   Z niezwykłą surowością karano robotników przymusowych, których oskarżano o utrzymywanie stosunków seksualnych z Niemkami. W wielu przypadkach ofiary tej zakazanej miłości stawiano na szubienicy. Natomiast niemieckie kobiety przyłapane na spółkowaniu z robotnikiem przymusowym, najczęściej były publicznie hańbione poprzez obcięcie włosów i pędzenie przez miejscowość z szyldem na piersi, który informował o ich przestępstwie.  

   Praca w gospodarstwie zawsze jest ciężka, ale gospodarz pana S. nie zwracał uwagi, jeśli ktoś zrobił sobie krótką przerwę na papierosa czy mały odpoczynek. Niedziela była dniem wolnym i można było wyjść na przepustkę. Pracodawca po zakończeniu pracy nie utrudniał kontaktów z innymi Polakami z sąsiednich gospodarstw. Na święta wszyscy pracownicy otrzymywali prezenty, przeważnie coś z ubrania, a pan S. na któreś Boże Narodzenie dostał buty. Od czasu do czasu za ,,dobre wyniki” otrzymywał tytoń i bibułki, a na urodziny butelkę sznapsu. Po zakończeniu wojny osiedlił się w Łebie i do końca życia utrzymywał kontakty z rodziną dawnego pracodawcy, która obecnie mieszka w Niemczech. 

   Nie wszyscy robotnicy przymusowi mieli takie warunki. Pan R., również nieżyjący już mieszkaniec Łeby, był na robotach w głębi Rzeszy i jego wspomnienia z tamtego okresu były nasączone goryczą. Ze smutkiem na twarzy mówił o katorżniczej pracy, o zdemoralizowanym bauerze-alkoholiku, który za byle co stosował różne kary. W dniu wkroczenia Amerykanów do wsi, w której przebywał, gospodarz wmawiał mu dobre traktowanie, aby uniknąć ewentualnych konsekwencji.
 

Tygodniowa karta zaopatrzeniowa dla robotnika przymusowego z 1942 roku. Jak łatwo policzyć, jej właścicielowi przysługiwało 2250 g chleba, 350 g mięsa lub wyrobów mięsnych, 175 g marmolady, 225 g cukru, 125 g masła, 80 g margaryny, 62,5 g sera, 62,5 g kawy zbożowej i 125 g innych produktów spożywczych. Wymienione ilości zabezpieczały zaledwie 1400 kcal dziennie, natomiast resztę starano się uzupełniać warzywami i ziemniakami, oraz żywnością zdobywaną pokątnie. Z powyższego wynika, że oprócz przymusowej pracy na rzecz wroga, jej wykonawcy byli programowo niedożywiani.

Plan Łeby z 1940 roku, wydany przez administrację Kąpieliska w nakładzie 15 tys. egzemplarzy. Jego autor popełnił kilka błędów, np. nie umieścił "Osiedla SA" przy obecnej ulicy 1 Maja, czy podał nieprawidłowy przebieg ulicy Bismarckstrasse (Obr. Westerplatte). 
                                                                                                                    (arch: Manfred Lawrenz)
 
Zobacz plan w dużym powiększeniu 


Z dala od wojny



   Po opanowaniu połowy Europy, Hitler ruszył na  Związek Sowiecki, aby w myśl hasła ,,Drang nach Osten” zdobywać ,,przestrzeń życiową na wschodzie”. Początkowo front posuwał się w szybkim tempie, niejednokrotnie po kilkadziesiąt kilometrów na dobę. Atak na Rosję był wielkim zaskoczeniem dla Stalina. Brakowało mu precyzyjnego planu na wypadek niemieckiej inwazji. Do tego przetrzebione w 1937 roku wyższe kadry dowódcze nie potrafiły zapanować nad sytuacją. W latach 30. Stalin wymordował ponad 30 tys. oficerów. 
 
  Jednym z kierunków uderzenia na wschodzie był rejon Stalingradu, który był bramą do kaspijskich złóż ropy naftowej. 15 lutego 1942 roku propagandowa gazeta ,,Völkischer Beobachter”, wychodząca w nakładzie 1,5 miliona egzemplarzy, pokazała wstrząsające zdjęcia  z rejonu Stalingradu, przedstawiające setki zamarzniętych trupów żołnierzy sowieckich. Ironiczny komentarz mówił, że tak wygląda niezwyciężona Armia Czerwona. Po długich i wykrwawiających obie strony walkach o miasto, przebieg wojny znalazł się w punkcie zwrotnym. 

  Przyjrzyjmy się wydarzeniom w Łebie z okresu wojny. Na wiosnę 1940 roku przeprowadzono dużą akcję zbierania złomu na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wszystko, co nadawało się do przetopienia, trafiało na miejce zbiórki. Bywało, że niektórzy nadgorliwcy łamali stare żelazne krzyże na cmentarzach, czy elementy ogrodzenia nie zawsze za zgodą opiekunów grobów. Tak było m.in. w  Żarnowskiej. 

   Po zajęciu Norwegii w kwietniu 40. roku, Niemcy zapewniły sobie dostęp do potężnych złóż rudy żelaza i tym samym ogólnoniemiecka akcja zbierania złomu została wstrzymana. Dodatkowym źródłem zaopatrzenia w stal, było zajęcie Francji z jej przemysłem metalurgicznym i surowcami wtórnymi. Zorganizowane zbieranie złomu żelaznego i metali kolorowych prowadzono jeszcze w późniejszym okresie i łupem zbieraczy padły m.in. dwa piękne, dziewiętnastowieczne  lichtarze z kościoła.
 

Przedstawiciele miejscowej klasy średniej na spacerze. Od lewej: Helmut Börke - właściciel piekarni, Moderegger - kierownik Sparkassy i Zimmer - kupiec. Zdjęcie z okresu wojny.
                                                                                                                                               (arch: Willi Börke)

Helene i Max Rademacher (funkcjonariusz Urzędu Celnego w Łebie) z dziećmi na boisku.  Fotografia z okresu wojny.
                                                                                                                                            (arch: Petra Zanke)

W 1943 roku do armii powoływano już 17-letnich młodzieńców. Od lewej: Schwichtenberger, Willi Börke (rocznik 1926), Klapholtz i Kurt Gillmann. Zdjęcie wykonano na dzisiejszej ulicy Wojska Polskiego (ówcześnie Adolfa Hitlera). 
                                                                                                                                               (arch: Willi Börke)



   W drugim roku wojny wprowadzono przepisy, zobowiązujące właścicieli morskich jednostek pływających do poddania statków oglądowi i rejestracji, w celu ewentualnego wykorzystania przez Kriegsmarine. W Łebie dotyczyło to wyłącznie kutrów rybackich. Małe łodzie były z tego wyłączone. Portami, gdzie dokonywano ,,mobilizacji” kutrów, były m.in. Ustka i Świnoujście. Termin stawienia się do oglądu wyznaczono wszystkim szyprom z miasta na  dzień 10 sierpnia 1940 roku. Puszczając wodze wyobraźni widzę, jak potężna armada złożona z 60 kutrów w karnym szyku podąża na zachód. Wrażenia dla ówczesnego obserwatora musiały być niesmowite.

   Militaryzacja niemieckiej floty rybackiej była podporządkowana planowanej na wrzesień 1940 roku "Operacji Lew Morski" (Unternehmen Seelöwe), która przewidywała desant i inwazję wojsk niemieckich na Wielką Brytanię od strony morza. Kriegsmarine z ówczesną, skromną jak na tak poważne działanie flotą, nie byłaby w stanie tego dokonać wyłącznie własnymi środkami. Jak wiemy, silniejsze oraz sprawniejsze siły morskie i przede wszystkim lotnictwo Wielkiej Brytani sprawiły, że do przeprowadzenia inwazji nigdy nie doszło. 

   Praktycznie przez cały okres wojny rybacy wypływali w morze na połowy. Morze Bałtyckie, w przeciwieństwie do Północnego, było uważane za stosunkowo bezpieczne dla rybołóstwa, ale i tak wielu szyprów wolało trzymać się bliżej brzegów i nie zapędzać poza linię horyzontu. Generalnie na Bałtyku nie było sowieckich ani alianckich  jednostek nawodnych, z uwagi na brak zaplecza portowego i możliwości niezauważonego przejścia przez cieśniny duńskie. W latach 1942 i 1943 r. zablokowana radziecka flota na Bałtyku, zgromadziła się na wodach Zatoki Fińskiej w rejonie Leningradu i Kronsztadu. 

       Łodzie podwodne wolały nie ryzykować wynurzenia dla oddania strzału z działa, bo to żaden honor zatopić kuter, a możliwość dekonspiracji rejonu operacyjnego była wielka. Nie słyszałem, żeby w czasie drugiej wojny światowej jakiś kuter rybacki poszedł na dno od uderzenia torpedy. Który kapitan poświęciłby pocisk wartości dobrego mercedesa (10 tys. RM), dla ustrzelenia celu bez znaczenia?  

   Podobnie jak rybołówstwo, również inne dziedziny życia społeczno-gospodarczego w pierwszych latach wojny działy bez większych ograniczeń. Weźmy dla przykładu opiekę zdrowotną w Łebie. Jak podaje Lęborski Kalendarz Ilustrowany na rok 1941, w Łebie były czynne dwa gabinety lekarzy ogólnych - dr Heisego i lekarki, dr Preusser. Opiekę stomatologiczną sprawował dr Vockelrodt i dentystka Marga Hoppe. Aptekę (Kościuszki 88) prowadziła panna Charlotte Weber, a zawód akuszerki wykonywały Berta Stahnke i Charlotte Schnabel. Jak na warunki małomiasteczkowe i czas wojny możemy śmiało przyznać, że Łeba miała opiekę medyczną na poziomie zadowalającym. 

   Po zwrocie pod Stalingradem w lutym 43 roku, linia frontu powoli przesuwała się na zachód. Siły niemieckie wprawdzie na pewien czas jeszcze odzyskały pole walki, ale bitwa pancerna pod Kurskiem była ostatnią próbą przejęcia inicjatywy na froncie wschodnim. Nastroje społeczne w Niemczech ulegały stopniowym przemianom. Jeszcze większość wierzyła w propagandowe zapewnienia Goebbelsa o ,,planowym wycofaniu wojsk”, ale komunikaty zagranicznych stacji radiowych  mówiły o porażkach i cofaniu się frontu.

   Oczywiście nikt nie mógł przyznać się publicznie do wątpliwości w zwycięstwo Rzeszy, bo to groziło obozem koncentracyjnym, ale w zaufanych kręgach był to coraz częstszy temat do dyskusji. Słuchanie zagranicznych rozgłośni radiowych też było przestępstwem i dla bezpieczeństwa zachowywano daleko idącą dyskrecję. 

Fotografia z 1941 roku, przedstawiająca dom przy obecnej ulicy Sosnowej. Jego właścicielem był von Zichlinski.

                      Ulica Adolfa Hitlera (dzisiejsza Wojska Polskiego) w okresie wojny.


   W lipcu 1944 roku pułkownik von Stauffenberg, w porozumieniu z wysoko postawionymi oficerami, dokonuje nieudanego zamachu na Hitlera. Była to rozpaczliwa próba obalenia rządów despoty i uratowania kraju przed totalną ruiną. W odwecie za zamach stracono kilka tysięcy ludzi, nie zawsze związanych ze spiskowcami. W tym czasie front przebiegał już na linii Bugu, a zachodni alianci od 6 tygodni walczyli we Francji.

   Na skutek dotkliwych strat Wehrmachtu, 25 września 1944 roku Hitler podpisuje dekret o powołaniu Volkssturmu. Jeszcze ma nadzieję, że pospolite ruszenie jest w stanie odwrócić losy wojny. Kolejnym krzykiem rozpaczy była mobilizacja dzieci szkolnych do ,,prac przydatnych w wysiłku wojennym”. Ogłoszono ją w styczniu 1945 roku. 



Listy żołnierskie


List do domu, wysłany za pośrednictwem poczty polowej, przez żołnierza stacjonująceg w Łebie. Na czytelnym datowniku widnieje data nadania 11. 3. 44. 

                      Jeden z kolejnych listów wysłany przez tego nadawcę, nosi datę 27 marca 1944 roku.


   Patrząc na powyższe listy polowe, można sobie zadać pytanie, dlaczego zostały one ostemplowane datownikiem poczty cywilnej, a nie polowej z numerem? Otóż poczta polowa używała numerów tylko w stosunku do jednostek wojskowych stacjonujących poza granicami Rzeszy. Dlatego listy wysyłane przez żołnierzy z Łeby, miały na datowniku nazwę miejscowości. Wysyłanie listów i przesyłek do 250 g za pośrednictwem poczty polowej, było bezpłatne w obu kierunkach. Korespondencja mogła być cenzurowana, a pisanie o złych morale w jednostce było surowo karane. Listy na terenie Rzeszy były dostarczane w ciągu 3-4 dni, natomiast doręczenie z frontu wschodniego trwało od 5 dni do 2 tygodni (od 1944 r. do 4 tygodni). 

   Przed paroma laty wszedłem w posiadanie powyższych i kilku innych listów, tego samego nadawcy. Długo się zastanawiałem, czy mam moralne prawo publikować ich zawartość. W końcu treści umieszczone w tej korespondencji, mimo upływu ponad 60 lat od ich napisania, są prywatną sprawą osób, które być może jeszcze żyją. Targany rozterkami postanowiłem jednak upublicznić treść tych listów, usuwając jednocześnie z nich wskazówki, mogące prowadzić do identyfikacji nadawcy i adresata. Uważam, że z historycznego punktu widzenia, zawarte w nich treści są nie do przecenienia, dlatego wczujmy się na moment w rolę marynarza G. z Pierwszej Kompanii Szkolnej w Rąbce.

 

Kochana mamo!                                                    Łeba, 27.02.44

   26 lutego o wpół do trzeciej przyjechałem do Łeby. Na początku chciałbym jednak zapytać, jak dojechaliście w piątek do domu, do naszego miasta? Już w pierwszą noc tutaj mieliśmy nocny alarm, a jeszcze nie mamy mundurów. To było pomiędzy 23.00, a 23.30. Najpierw będziemy umundurowani i wyposażeni w sprzęt, a potem dopiero rozpocznie się szkolenie. Podróż z Berlina do Łeby była okropna. Jechaliśmy całe 32 godziny! Myślę, że Rudolf się zdziwi, jak się dowie, że zostałem wcielony do wojska. Krajobraz jest tutaj bardzo ładny.
Kończę z najlepszymi pozdrowieniami i całusami – twój mały marynarz G...




Kochana mamo!                                                      Łeba, 6.03.44

   Bardzo dziękuję za twój list z 3 marca. Proszę przyślij mi moje wymeldowanie z miejsca zamieszkania i z kartek żywnościowych. Przyślij to proszę poleconym, za pośrednictwem poczty polowej. Dzisiaj otrzymałem list od Richarda. Wybacz, na pewno robię dużo błędów w liście, to pewnie z pragnienia. Rano jedziemy do Gdyni, gdzie dostaniemy resztę wyposażenia i umundurowania. Pozdrów wszystkich ode mnie. Przyślij mi też proszę 2 zamykane puszki do przechowywania masła i kiełbasy. 
Pozdrawiam i całuję – twój mały marynarz G...





Kochana mamo!                                                     Łeba, 10.03.44


   Dziękuję za wczorajszy list, który mnie bardzo ucieszył. Kochana mamo, nie zaprzątaj sobie głowy panią L... Ta stara koza nie powinna być taka bezczelna, bo inaczej coś się wydarzy, kiedy przyjadę na urlop. Jej mąż najpierw powinien być żołnierzem, żeby otwierać gębę. Ostatecznie ty masz dwóch synów, którzy służą w armii. Dzisiaj dostałem list od taty. Był on wysłany wczoraj w pociągu z Berlina do Gdańska. Czy tata znowu jeździ do Gdańska? 7 marca byłem z kolegami w Gdyni, gdzie uzupełniliśmy umundurowanie. Gdy wracaliśmy z powrotem przez Lębork, napisałem pozdrowienia dla taty i wrzuciłem do wagonu pocztowego. Bardzo się przestraszyłem, kiedy się dowiedziałem, że Berlin był w tych dniach intensywnie bombardowany. Teraz już kończę, bo chcę jeszcze napisać parę słów do taty. 
Pozdrawiam i całuję – G...



Kochana mamo!
                                                     Łeba, 19.03.44


   Bardzo dziękuję za list od ciebie, który otrzymałem trzynastego. Przez pięć dni byłem chory. Mamo, wracaj spokojnie do Berlina. Kochana mamo, dopiero teraz zrozumiałem, kim jest dla mnie matka, zwłaszcza, gdy przesyła tak smakowite ciasta. U nas w jednostce mieliśmy wizytę z Berlina. Pokazywano jak nas szkolą w polu, czyli w lesie i na plaży, bo do morza mamy dosłownie parę minut biegiem. Mamo, z okazji Dnia Wehrmachtu przeprowadzono zbiórkę pieniędzy. Mój pluton uzbierał 830 marek. Ja dałem 20 marek w gotówce i przekazałem miesięczny żołd. Nasz pluton był najlepszy, spośród dwóch kompanii. Na koniec życzę dużo zdrowia.
Pozdrawiam i całuję – G...




 Kochana mamo!                                                  Łeba, 25.03.44


   Dziękuję za twój list z 23 marca, który jak zwykle przyjąłem z radością. Jak ten czas leci, od miesiąca jestem już marynarzem. Mam nadzieję, że nasze mieszkanie w Berlinie po ostatnich bombardowaniach jest całe. Jak wiesz, ostatnio byłem chory, ale po tej grypie nie ma już śladu. Dzisiaj dostałem pierwszy raz kartki zaopatrzeniowe na ciasto w kantynie, na całe 300 gramów. Dziś też dostałem pierwszy list od Renaty z naprzeciwka. Chyba napiszę jej, jak na prawdziwego żołnierza przystało, że bardzo mi się podoba. Kolegom już powiedziałem, że pisała moja dziewczyna. Na koniec pozdrów wszystkich i chodź często do kina.

Całuję – G...






Rok 1945


   W ostatnich miesiącach wojny przerwy w dostawie energii elektrycznej zdarzały się coraz częściej. Kosztem nieuprzemysłowionego Pomorza starano się zapewnić ciągłe zasilanie rejonom zajmującym się produkcją na potrzeby wojny. Możliwości zaopatrzenia w paliwo dla elektrowni kurczyły się z każdym tygodniem, więc doszło w końcu do stałych wyłączeń wielu miejscowości. Taki los spotkał też Łebę. Zakłady produkcyjne i warsztaty próbowały wprowadzać napęd ręczny do niektórych maszyn, co w znacznej mierze było możliwe. 

   Do oświetlenia stosowano świece i poczciwe lampy naftowe. Popyt na świece był tak duży, że stały się one towarem niezwykle deficytowym i poszukiwanym. Na skutek braku prądu została unieruchomiona stacja pomp i nie znaleziono sposobu ich zasilania. Spowodowało to brak wody bieżącej, jakże ważnej do celów bytowych i produkcyjno-przetwórczych. W zaistniałej sytuacji radzono sobie wszystkimi możliwymi sposobami. Uruchamiano nieczynne od lat pompy ręczne, czyszczono zapomniane studnie i wprowadzono niezwykłą dyscyplinę zużycia wody. W powszechnym odczuciu brak bieżącej wody przyczynił się do wystąpienia zachorowań na tyfus w marcu 1945 roku.   
 
 

Lato 1944 roku. Ostatnie beztroskie wakacje najmłodszych mieszkańców Łeby. Zdjęcie wykonano przed domem przy dzisiejszej ulicy Kościuszki 12.
                                                                                                                                            (arch: Petra Zanke)




    W końcu stycznia 1945 roku, przystąpiono do ewakuacji Rakietowej Stacji Doświadczalnej w Łebie. Od 29 stycznia około 60 ciężarówek wywiozło stąd urządzenia i aparaturę w kierunku zachodnim do Karlshagen w pobliżu Peenemünde na wyspie Uznam. W mieście zaczynało się wyczuwać nerwową atmosferę, gdyż Rosjanie podeszli już do Wału Pomorskiego, co w krótkim czasie spowodowało odcięcie Pomorza i walczących tam wojsk niemieckich od reszty Rzeszy (10 lutego). 10 dni wcześniej Armia Czerwona uchwyciła przyczółek na zachodnim brzegu Odry i jeszcze w rejonie Gdańska i Prusach Wschodnich siły niemieckie utrzymywały swoje pozycje, ale i tak pierścień się zaciskał. 

    17 lutego powiat lęborski został ogłoszony terenem operacji militarnych. Komendantura wojskowa w Lęborku zajęła na potrzeby sztabu pomieszczenia handlowe firmy Weigelt w pobliżu kościoła św. Jakuba. Budynek  miejscowego kina został przejęty przez korpus sanitarny armii. Sytuacja mieszkańców była nie do pozazdroszczenia ze względu na licznie napływających uciekinierów z sąsiednich powiatów. Trudno precyzyjnie podać ich liczbę, ale prawie każda rodzina udzielała im schronienia. Nadeszło przedwiośnie ostatniego roku wojny. W komunikacie Radzieckiego Biura Informacji z 9 marca czytamy:
 
   ,,Wojska 2 Frontu Białoruskiego nacierają w zwycięskiej ofensywie. Radzieckie jednostki zmotoryzowane i piechota w szybkim pochodzie wzięły  Sławno. Stacjonujący w mieście garnizon próbował uciec, ale został dogoniony i zmiażdżony pod ogniem oraz gąsienicami naszych czołgów. To budujące powodzenie przyspieszyło przemieszczenie naszych oddziałów w kierunku Słupska. To miasto jest ważnym węzłem komunikacyjnym na północy Pomorza. Przeciwnik próbował zbudować w tym rejonie linię długotrwałej obrony. Hitlerowcy użyli do tego dziesiątek tysięcy cywilów z łopatami, łomami i kilofami. Prace trwały dzień i noc. 

   Jednak szybkie przemieszczanie się Armii Czerwonej zniweczyło niemieckie plany. Umocnień nie ukończono. Pod koniec tego dnia nasze oddziały dotarły do zachodniego skraju miasta. Radziecka piechota prowadziła tam ciężkie walki z twardo osadzonym przeciwnikiem. Czołgi, artyleria i moździerze obeszły miasto od północy i południa. Wieczorem wdarły się do miasta trzy oddziały radzieckich strzelców, rozpoczynając nocny szturm. Po ciężkich walkach Słupsk został zajęty przez nasze wojska”.
 
   W powiecie lęborskim zapanował totalny chaos. Jedyna droga ucieczki prowadziła na wschód w rejon Trójmiasta, gdzie siły niemieckie jeszcze mocno trzymały pozycje. W celu uchronienia portu w Gdyni przed masowym napływem uciekinierów, SS utworzyło kordon ochronny i nie wpuszczało tam uchodźców. Sytuacja w Lęborku była beznadziejna z uwagi na rozkaz opuszczenia miasta przez ludność cywilną. Nie było praktycznie dokąd uciekać. Szosa na Gdańsk była zablokowana na całej szerokości, dlatego próbowano przebijać się bocznymi drogami w północnowschodniej części powiatu. Panowało przekonanie, że w miarę bezpiecznym kierunkiem jest Puck i Hel, skąd można by ewentualnie ewakuować się drogą morską.
  
Eva Schwark-Panitzke zd. Panitzke, była mieszkanką Stęknicy i w 1945 roku miała 10 lat. Tak w jej oczach wyglądały ostatnie dni przed wkroczeniem Rosjan:

   "Pewnego razu pociągiem, w którym było wielu innych rannych żołnierzy, przyjechał mój ojciec. Jak tylko pociąg zatrzymał się w Stęknicy, sanitariusze wynieśli z przedziału wózek inwalidzki, w którym siedział ojciec. Byłam zszokowana od widoku tych wszystkich bandaży i okropnie płakałam. Czym prędzej złapałam wózek i zaczęłam pchać do naszego domu, który był blisko stacji. Radość ze spotkania była wielka, a ja przyrzekłam sobie, że będę go pchała w tym wózku wszędzie tam, gdzie sobie tego zażyczy. Biedak na skutek wybuchu granatu i odmrożeń, miał amputowane stopy i palce u rąk, z wyjątkiem kciuków. Zawsze, kiedy wybieraliśmy się z ojcem do Łeby po ryby, pieczywo, czy mięso, z zasady otrzymywaliśmy to za darmo. 

   Wojna stawała się coraz bardziej gwałtowna, a Rosjanie szybko przesuwali front w naszym kierunku. Tu i ówdzie spadła jakaś bomba. W tym czasie przyszli do nas pierwsi uciekinierzy wojenni z Prus Wschodnich, a nawet ze Śląska. Moja rodzina przyjęła dwie osoby, jedną kobietę z Połczyna i mężczyznę, nazwiskiem Kaschuba. Z zaopatrzeniem w żywność było coraz gorzej, ale myśmy mieli wystarczająco do jedzenia, dzięki naszemu małemu gospodarstwu. Z tygodnia na tydzień sytuacja robiła się coraz bardziej paląca. Front był już blisko, a myśmy słyszeli historie rodem z horroru, jak to Rosjanie gwałcą, rabują i strzelają do cywilów. 

   Mój ojciec wpadł na pomysł, żeby w naszym małym świerkowym lasku zrobić kryjówkę. Było w niej miejsca dla 9 osób. Zanieśliśmy tam łóżka, ubrania, żywność i wodę. Po zamknięciu wejścia ściętym drzewkiem, maskowanie było znakomite i nie do rozpoznania. Niezależnie od tego, ojciec zrobił jeszcze jeden inny schowek, w którym znajdowała się reszta naszej żywności, kartofle, przetwory, itp. Zanim nadeszli Rosjanie, spędziliśmy kilka tygodni w naszej kryjówce. Tylko ojciec wychodził nocą i patrzył, czy wszystko jest w porządku" *.
____________
* Eva Schwark-Panitzke - relacja

   W tym miejcu pozwolę sobie na mały komentarz do powyższej relacji. Kiedyś zastanawiałem się, czy relacje osób, które w okresie wojny były dziećmi, mogą mieć wartość historyczną. Przy pomocy znajomego socjologa doszedłem do wniosku, że jak najbardziej. Wojna i związane z nią przeżycia, były wielokrotnie omawiane  przez długie powojenne dziesięciolecia w rodzinach i kręgach towarzyskich. Dlatego ciągle "odświeżana" pamięć tamtych wydarzeń i budowane na jej podstawie relacje, należy uznać za prawdziwe.  

Eva Schwark-Panitzke zd. Panitzke, urodzona w 1935 roku w Stęknicy. Na fotografii autorka wspomnień, jako kilkuletnia dziewczynka.
                                                                                                                                       (arch: Dorothea Fong)



   Posłuchajmy komunikatu Radzieckiego Biura Informacji z dnia 10 marca:
 
,,Wojska 2 Frontu Białoruskiego nacierają w zwycięskiej ofensywie. Nasze jednostki zmotoryzowane i piechota przekroczyły rzekę Łupawę i kierują się na wschód. Wojska niemieckie pod naporem naszych jednostek wycofują się, minując drogi i wysadzając mosty. Nasze oddziały  posuwają się w walce naprzód i zdobyły z marszu miasto Lębork” (o świcie 10 marca - dop. autora).
 
   Tu chciałbym krótko poruszyć kwestię zniszczeń w Lęborku. Otóż w relacjach jego dawnych mieszkańców, w samym mieście nie toczyły się walki. W nocy z 10 na 11 marca pijane żołdactwo sowieckie szabrowało i podpalało budynki. Ich łupem padł między innymi wypełniony po sufit magazyn z alkoholami  firmy Casper i Koch. Najbardziej ucierpiał rynek (Plac Pokoju), gdzie z 34 domów, tylko 3 zostały nienaruszone. W jednym z ocalałych mieściła się apteka i prawdopodobnie zachowała się tylko dlatego, że Rosjanie potrzebowali leków i środków opatrunkowych. Ten i sąsiedni budynek  zachowały się do dzisiaj.
 
 

Dom bankowy (po prawej) i wytwórnia alkoholi Caspar i Koch przy Paradenstrasse (Armii Krajowej) w Lęborku. W dniu 10 marca 1945 r. łupem Rosjan padły pełne magazyny tej firmy

 

 



Copyright © 2007 by Jarosław Gburczyk
Prawa autorskie zastrzeżone

 


 
  66 Odwiedzający (125 Wejścia) dzisiaj.