Historia Łeby
  Na nowym miejscu
 





Na nowym miejscu

Przeniesienie miasta
Epidemie 
Wymiar sprawiedliwości
W granicach Najjaśniejszej
Nie tylko o gospodarce
Niełatwo było o męża
Najstarszy dom i stroje ludowe
Budowa portu na jeziorze Łebsko
Trochę statystyki
Komunikacja pocztowa
Królewskie plany i kartofle
Demografia i rzemiosło



Przeniesienie miasta
   


  Lokalizacja miasta była dosyć niefortunna. Położone wśród nagich, pofałdowanych wydm, tuż przy szerokiej plaży Bałtyku i ujściu rzeki Łeby, narażone było na działanie żywiołów niosących wielkie straty w ludziach, inwentarzu i mieniu. Woda, piasek i wiatr od zawsze wygrywały w nierównej walce z człowiekiem na tym nieprzyjaznym skrawku ziemi. Potężne sztormy pustoszyły miasto w latach: 1396, 1467, 1491, 1497, 1500 i - największy z nich - dnia 11 stycznia 1558 r.

   Trwająca trzy dni nawałnica niszczyła domy jeden po drugim i wyrywała z korzeniami potężne drzewa. Masy wody podtopiły zabudowania i osadzały w zagłębieniach naniesiony piasek morski. Wraz z ustaniem sztormu woda się cofnęła, pozostawiając na posesjach i w zabudowaniach tysiące metrów sześciennych piasku i błota. Nie wiatr, nie woda, lecz właśnie piasek stanowił najistotniejszy czynnik zagłady Łeby. Wówczas podjęto decyzję o przeniesieniu miasta na prawą stronę rzeki. Dzień 3 marca 1570 roku przyniósł kolejną katastrofę i dokonał ostatecznego zniszczenia, stojącej tu jeszcze zabudowy. 

   Po tym dniu ostatni mieszkańcy rozebrali pozostałości swoich domostw i przenieśli się na nieco wyższe, bezpieczniejsze tereny w granicach obecnego miasta, a część po prostu opuściła te okolice. Na nowe siedlisko wyznaczono obszar w kształcie prostokąta, o bokach 300 na 800 metrów.  Dłuższe boki przebiegały w osi północ-południe.

   Wewnątrz tego obszaru znajdowały się dwie długie, równolegle położone ulice (Kościuszki i Pow. Warszawy), połączone kilkoma przecznicami. Wraz z nową lokalizacją miasta zaniechano używania jego dawnej nazwy Lebamunde, na rzecz  zapożyczenia od nazwy rzeki, czyli po prostu Leba. 

   Do dzisiaj pozostaje otwarte pytanie o liczbę mieszkańców w okresie przeprowadzki. Ze źródeł pośrednich wynika, że było to pomiędzy 300, a 400 osób. Swego czasu natrafiłem na zupełnie fantazyjne dane, lokujące Łebę w gronie dużych miast.  Ernst Wolff w ,,Unsere Heimat" nr. 12 z roku 1926 roku podawał, że Stara Łeba przed zniszczeniem liczyła ok. 4 tys. mieszkańców, co jest liczbą wielokrotnie zawyżoną i zupełnie abstrakcyjną.

   W omawianym czasie czterotysięczne miasto pretendowało do miana metropolii i miało duże znaczenie gospodarcze i polityczne w regionie. Łeba nie jest wymieniana w żadnym dokumencie jako jednostka znaczniejsza od Lęborka, który zresztą miał od niej dużo większą powierzchnię, dlatego nie zgadzam się z tezą Wolffa.

   Jedyną widoczną obecnie pozostałością po Starej Łebie jest fragment ściany ołtarzowej kościoła św. Mikołaja, znajdujący się przy ulicy Turystycznej. Kościół pełnił swoją funkcję jeszcze przez 20 lat po ostatniej katastrofie. Świadczy to o solidności murów, które oparły się żywiołom i dawały schronienie zatrwożonej ludności w czasie sztormów. Tym bardziej, że kościół stał na lekkim wzniesieniu. W okresie budowy znajdował się on podobno w odległości ok. 400 ruten (Ruthen) od brzegu morza, co w przybliżeniu wynosi 1700 metrów (źródło niepewne, dane sporne). 
   
   Teraz odległość ruin od Bałtyku nie jest większa niż 200 - 300 metrów. Pozwala to zobrazować zmiany topograficzne zachodzące w ciągu stuleci na tym terenie. W roku 1592 z materiałów rozbiórkowych wybudowano nową świątynię na obecnym miejscu. Rozbiórka była najprostszym i najtańszym sposobem na wzniesienie nowego obiektu. Odpadła finansowa kwestia nabycia budulca i problematycznego transportu. Tym bardziej, że cegła wypalona z dobrej gliny jest materiałem praktycznie wiecznym *.
 
____________ 
* Oekonomische Encyklopädie (1773-1858) von J. G. Krünitz




Łeba na rycinie Lubinusa z 1618 roku

 
   Przejściowo korzystano z małej kapliczki, wzniesionej wspólnymi siłami w 1586 roku. Odnośnie jej lokalizacji nie ma wzmianek źródłowych. Nowa Łeba, podobnie jak i stara, nie posiadała żadnych umocnień obronnych ani bram miejskich. Nie było już szpitala ani przytułku dla ubogich. Chociaż niektórzy autorzy sugerują, że z uwagi na zamożność parafii, przytułek był prowadzony dalej.

   W roku 1590 przeprowadzono wizytację kościoła w Starej Łebie (Lebamunde). Oryginalny dokument z tego wydarzenia był przechowywany w archiwum parafialnym do 1945 roku. Była w nim mowa  między innymi o uszkodzeniu dachu we frontowej części budynku, który przeciekając, zagrażał konstrukcji wieży. Poza tym określał stan budynku jako dobry. Drewno i cegły nadawały się do rozbiórki i ponownego użycia przy budowie nowego kościoła.

 

Widokówka z początku XX w. Ruiny kościoła św. Mikołaja przy ulicy Turystycznej (Stara Łeba). Proszę zwrócić uwagę na grubość murów. Kościół ten służył wiernym przez 230 lat, następnie został rozebrany, a z materiałów rozbiórkowych wybudowano nową świątynię przy obecnej ul. Pow. Warszawy. 

 

Widokówka z dwudziestolecia międzywojennego, przedstawiająca te same ruiny, co powyżej.





   Znane szeroko w świecie wydmy ruchome na Mierzei Łebskiej kryją pewną tajemnicę. Kiedyś w miejscu, gdzie obecnie króluje najwyższa wydma zwana Górą Łącką (42 m n.p.m.), istniała niewielka osada rybacka Lontzko (Łącko) zwana też Lonsko, składająca się z 11 chałup. Jej mieszkańcy zajmowali się rybactwem na jeziorze i rolnictwem na słabych ziemiach. Siłą rzeczy byli oni powiązani z Łebą jako centrum zaopatrzeniowym i miejscem zbytu swoich produktów. 

   Lontzko było przypisane do miejscowej parafii, więc wierni w niedziele i święta przemierzali 7 kilometrów, aby wziąć udział we mszy. Zresztą nie mieli innego wyjścia, gdyż aż do zakończenia obrad Soboru Laterańskiego V w roku 1517, istniał obowiązek uczestniczenia w mszach i nabożeństwach w swoim kościele parafialnym, a poza tym w okolicy nie było żadnego innego. 

   Położenie osady o ile zapewniało bezpieczeństwo ze strony morza, to nie zabezpieczało przed drugim żywiołem jakim był piasek, który niesiony silnymi wiatrami, powoli wdzierał się na pola i gospodarstwa mieszkańców. W końcu nadszedł moment, że człowiek mu uległ i dalsze gospodarowanie na zapiaszczonych polach i łąkach stało się bezsensowne. W ciągu kilku stuleci, na miejscu dawnej wsi natura utworzyła potężną piaskową górę, obecnie słusznie uważaną za jedną z największych atrakcji turystycznych Łeby. Istnieją dowody archeologiczne zwłaszcza monety, że przynajmniej do 1540 roku Lontzko było zamieszkałe. 

   Po tym czasie rolnicy opuścili te tereny, a rybacy przenieśli swoje chałupy bliżej brzegów jeziora, mniej narażonych na działanie czoła wydmy i lotnych piasków. Jeszcze w XIX wieku jest mowa o dwóch zagrodach rybackich w tym rejonie. Pomiędzy wydmami a Rąbką na starych mapach widnieje jeszcze jedna osada z kilkoma chałupami. Chodzi tu o mało poznane osiedle rybackie Dambe (Dą
bno?). 

   W niektórych przewodnikach można przeczytać o odwiecznym lesie na Mierzei Łebskiej, który został przysypany przez nacierające wydmy. W istocie najpierw były to w dużej mierze pola i łąki, które po zaniechaniu uprawy zarosły lasem.    

 


Epidemie


    Faktem dotychczas pomijanym w literaturze było sprzyjające położenie Łeby w kontekście rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. W dawnych wiekach liczne epidemie dziesiątkowały całe państwa czy kontynenty. Krótko przed uzyskaniem praw miejskich przez Łebę, w Europie szalała po raz pierwszy epidemia dżumy (1348-1352). Według powszechnych szacunków, uśmierciła ona od 30 do 50% ludności kontynentu!

   W niektórych regionach, a zwłaszcza w dużych i gęsto zaludnionych miastach, śmiertelność dochodziła miejscami nawet do 80%. Jako przykład niech nam posłuży ówcześnie stutysięczna Wenecja, w której na "czarną zarazę" zmarło ok. 75-80 tys. mieszkańców. Najmniejszą zachorowalność i umieralność w skali Europy, zanotowano na obszarze obecnej Polski centralnej, Brandenburgii i północnych Czech. 

   Inne epidemie wybuchały co kilka lat w różnych rejonach i zbierały krwawe żniwo. Łeba położona nad brzegiem morza, pomiędzy dwoma dużymi jeziorami, nie była miejscowością tranzytową, do której przejezdni i wędrowcy mogliby przywlec zarazę. 

   Na wieść o morowym powietrzu w okolicy, ludzie unikali kontaktów z obcymi, z miast wypędzano włóczęgów i żebraków, wybijano psy i koty. Powoływano straż nie wpuszczającą obcych do miasta. Na czas zarazy ustanawiano urząd tzw. burmistrza powietrznego, którego zadanie polegało na ochronie miasta przed epidemią i w razie potrzeby grzebaniu zwłok w odludnym miejscu.

   Już wówczas wiedziano, że zwłoki pogrzebane na miejscowym cmentarzu mogą być zagrożeniem i przyczyną wybuchu nowej zarazy. Kilka wieków później w dobie rozwoju bakteriologii stwierdzono, że formy przetrwalnikowe niektórych bakterii chorobotwórczych, nawet po dwustu latach są w stanie wywołać chorobę
.

   Jednym słowem: maksymalna izolacja. Strażnikom czuwającym na rogatkach Łeby pozostawał stosunkowo wąski odcinek do sprawowania nadzoru, co w znacznym stopniu zapobiegało przedarciu się obcych. Nie ustrzegło to jednak przed lokalnymi epidemiami, czy chorobami zakaźnymi, wywołanymi brakiem higieny. Np. w 1781 roku masowe zachorowania na tyfus, spowodowały śmierć 11 osób (głównie dorosłych), a panująca w 1855 r. cholera pochłonęła 9 istnień. 

   Brak danych o skutkach dla miasta wielkiej epidemii cholery z lat 1830/31, która ogarnęła sporą część Europy. W Prusach Wschodnich spowodowała ona śmierć 20 tys. ludzi i po jej ustąpieniu władze zdecydowały się na sprowadzenie osadników z głębi Niemiec, dla uzupełnienia braków ludnoś
ci. Nieleczona cholera, a w tamtych czasach nie istniała skuteczna terapia, była w 50-60% przypadków śmiertelna.




Wymiar sprawiedliwości


   Nazwa miasta w pocz
ątkach jego istnienia podlegała kilku modyfikacjom. Obok wymienionej w akcie lokacyjnym nazwy Lebemunde, występują w późniejszym czasie określenia Lebe, Lebemonde, Levemunde (ok. 1510 r.), Leve (1514 r.) i Lebamünde (1524 r.). Ostateczna nazwa Leba (Łeba) pochodzi z okresu odbudowy miasta na prawym brzegu rzeki, ok. 1570 roku. 

   W drugiej połowie XVI i w XVII wieku władzę w mieście sprawowało jednocześnie dwóch burmistrzów i rada. Zadaniem jednego z nich było sprawowanie nadzoru nad szeroko pojętym porządkiem publicznym, czyli mówiąc językiem współczesnym, był kimś na wzór strażnika miejskiego lub policjanta. Wchodził on w skład ośmioosobowej rady miejskiej, obok 2 członków zwyczajnych i pięcioosobowego osobowego kolegium Fünfmännern (ławników - dosłownie pięciu mężczyzn), sprawujących dodatkowo jurysdykcję. Posiedzenie sądu w pięcioosobowym składzie pozwalało obmanowi (przewodniczącemu) na wydanie orzeczenia za każ
dym razem.

   Od roku 1571 wzmiankowane jest istnienie pręgierza w Łebie. To - zapewne drewniane przedłużenie wymiaru sprawiedliwości stało u zbiegu obecnych ulic Kościuszki i Nowęcińskiej. Konstrukcja tego urządzenia składała się z pionowego słupa i żelaznych okuć do unieruchamiania skazanego, zwanych kunami. Kara pręgierza była stosowana wobec winowajców skazanych na publiczne pohańbienie, zwykle za drobne kradzieże i oszustwa. 

   Przy przestępstwach poważniejszych pręgierz służył jako miejsce chłosty albo tzw. wyświecenia. Polegało ono na uprzednim pohańbieniu delikwenta, a następnie wyprowadzeniu po zmroku przy świetle latarni poza rogatki na wygnanie z miasta. Pachołkowie miejscy zapewne nie byli uosobieniem dobra i miłosierdzia, dlatego banita przez dłuższy czas lizał swoje rany. Nie zachowały się dane, mówiące o częstotliwości korzystania z tego urzą
dzenia.

 

 Mapa Pomorza z 1589 roku. Dokładność tej mapy pozostawia wiele do życzenia, dlatego w praktyce mogła służyć tylko celom poglądowym.


  Miejskie sądownictwo Łeby podlegało w późniejszym okresie dystryktowi bytowsko-lęborskiemu. Od 1777 r. w sprawach szkolnych i kościelnych właściwą instancją był sąd rządu królewskiego dla Prus Zachodnich w Malborku. W sprawach celnych, akcyzy, finansów i przeciw instytucjom policyjnym właściwe były dyrekcja urzędu celno-podatkowego i izba wojenno-skarbowa w Szczecinie. Sądownictwo miejskie w Łebie zostało rozwiązane w roku 1849 i całość spraw przejął sąd powiatowy w Lęborku. Pod koniec XIX wieku sąd powiatowy przemianowano na okręgowy, z instancją odwoławczą w sądzie ziemskim w Słupsku. 

   Na zakończenie tego zagadnienia chciałbym przytoczyć pewien spór prawny, rozegrany pod koniec XVII wieku pomiędzy łebskim magistratem, a majątkiem w Nowęcinie. Otóż na granicy miasta i majątku rósł las, do którego obie strony rościły sobie prawo. W końcu eskalacja sporu doszła do momentu, w którym łebianie pod wodzą burmistrza wycieli w ciągu jednej nocy 385 dorodnych jodeł i zawieźli je do miasta. Właściciel majątku czuł się pokrzywdzony, więc podał miasto przed oblicze sprawiedliwości.

   Niestety, poruszone wszystkie możliwe instancje sądowe nie były w  stanie rozsądzić  waśni przez 32 lata (słownie: trzydzieści dwa)! Dopiero wtedy po wyczerpaniu wszystkich innych możiwości, zapadł ostateczny wyrok. Magistrat mógł zachować wycięte drzewa, ale był zobowiązany do zapłacenia połowy, w międzyczasie astronomicznych kosztów sądowych. Wyrok nie sprecyzował, kto był właścicielem lasu*).
____________
*) Lauenburger Ilustrieter Kalender für das Jahr 1909  
  


W granicach Najjaśniejszej



    Po bezpotomnej śmierci księcia Bogusława XIV, ostatniego z dynastii Gryfitów, władców Pomorza, w roku 1637 Łeba wraz z ziemią lęborską i bytowską przeszła na 20 lat w bezpośrednie władanie Korony polskiej. Był to jedyny okres w historii miasta, aż do zakończenia drugiej wojny światowej, w którym administracyjnie należało ono do państwa polskiego. W niektórych publikacjach historycznych z okresu PRL-u próbowano zaliczyć okres Gryfitów do panowania na terenie Pomorza Zachodniego Korony polskiej, co jest pewnym nieporozumieniem. 

   Ciężko chory książę Bogusław, zmagający się z częściowym paraliżem, zdawał sobie sprawę, że z jego śmiercią wygaśnie stosunek lenny i ziemia bytowsko-lęborska przejdzie pod panowanie króla. W związku z tym, próbował uzyskać na dworze Władysława IV przeniesienie przywileju lennego na swojego siostrzeńca Ernesta Bogusława de Croy. Poselstwo księcia wysłane w 1633 roku do Warszawy, powróciło na zamek szczeciński, siedzibę Bogusława XIV, właściwie z niczym. Sprzeciw dworu i senatu zadecydował, że pozostano przy istniejącym stanie rzeczy. 

   Po śmierci księcia i reinkorporacji, komisarzem królewskim na ziemiach włączonych do Korony został Melchior Weiher. W pierwszej kolejności przyjął on przysięgę stanów obu ziem na wierność królowi polskiemu, zorganizował sądownictwo i przeprowadził wybory do sejmu. Podwaliny państwowości polskiej zostały stworzone.



Bogusław XIV (31 marca 1580 r. - 10 marca 1637 r.)

      W wyniku umów z 1657 roku zawartych w Welawie (okolice Królewca) i Bydgoszczy, w tymże roku wymienione ziemie przeszły pod panowanie książąt brandenburskich. Umowy pomiędzy Polską i Wielkim Elektorem Fryderykiem Wilhelmem I z domu Hohenzollernów, przekazywały je w lenno in perpetuum (na zawsze). Tym samym lęborszczyzna i ziemia bytowska, po dwóch dekadach w granicach Polski, znowu zmieniły przynależność państwową. Ratyfikacja umów przez sejm nastąpiła w 1661 roku. 

   Instytucja lenna polegała na przekazaniu wasalowi określonego terytorium, w zamian za pomoc militarną, obronną, albo finansową. Inaczej rzecz ujmując, kto innny był właścicielem terenu, a kto inny jego gospodarzem. Stosunek lenny kończył się zazwyczaj na skutek śmierci jednej z układających się stron lub na skutek wygaśnięcia okresu lenna. Niektóre umowy pozwalały na dziedziczenie lenna w ramach własnej rodziny, przeważnie przez sukcesorów rodu w linii męskiej.

   Wasal na swoim terytorium wprowadzał swoją jurysdykcję i w szerokim, niemniej jednak ograniczonym zakresie prawodawstwo. Ziemie bytowska i lęborska, jako lenno, przez kolejne 115 lat podlegały zwierzchnictwu brandenbursko-pruskiemu i w 1772 roku, w ramach I rozbioru Polski, zostały włączone przez Fryderyka II do Prus. 



Nie tylko o gospodarce


     Z inicjatywy wspomnianego Fryderyka Wilhelma w 1662 r. powstała idea wybudowania w Łebie portu handlowego. Ze względu na wysokie koszty i małą atrakcyjność gospodarczą okolic, wkrótce jej zaniechano. Oberhauptman (odpowiednik starosty) von Somnitz w liście do Wielkiego Elektora tak pisał o warunkach terenowych w Łebie: 

  
,,Nad plażą, gdzie Łeba wpływa do morza, widnieją duże góry piasku, które wiatry z północy i z zachodu pędzą w koryto rzeki. Przedtem miasteczko było na tej stronie /rzeki/, ale zostało przysypane przez wydmy i wiele razy zalane przez morze. Leżało ono na tym samym miejscu, gdzie teraz stoi samotny kawał muru kościelnego, wysokiego na trzech chłopa, co w ciągu pół roku został przysypany..."

   Inną przeszkodą była rzeka Łeba, w ujściu której przewidywano lokalizację portu. Nieuregulowane brzegi, liczne meandry i wypłycenia sprawiały, że dochodziło do wylewisk i tworzenia starorzeczy. W zimie, gdy z jeziora Łebskiego schodziła kra, na płyciznach tworzyły się zatory i płynąca woda zmierzając do morza, tworzyła nowe koryta. Z drugiej strony szalejące na Bałtyku sztormy wlewały do rzeki potężne masy wody, która płynęła pod prąd w kierunku jeziora, powodując spłycenie naniesionym rumowiskiem dna morskiego. 

   Zjawisko to nazywa się cofką. Jezioro Łebsko jest położone zaledwie o 30 cm wyżej od poziomu morza, więc zjawisko cofki występuje nawet przy silnym północnym wietrze. Problem nanoszenia piasku do kanału portowego przez Bałtyk pozostał do dzisiaj i spędza administracji portu sen z powiek. Corocznie zachodzi konieczność wyczerpania kilkudziesięciu tysięcy metrów sześciennych urobku z dna kanału i toru wodnego. Powoduje to gigantyczne koszty, liczone w milionach złotych.

    Książę pomorski Johanes Friedrich po przeniesieniu miasta na prawą stronę rzeki zmienił lubeckie prawo lokacyjne na chełmińskie. To wydarzenie nosi datę 17 marca 1575 roku. Niestety było już za późno na dokonywanie istotnych zmian urbanistycznych, właściwych prawu chełmińskiemu. Łeba do dzisiaj nie posiada rynku i kościoła w centrum. Czyżby długa i relatywnie szeroka ulica Kościuszki przebiegająca przez miasto była wspomnieniem po pierwotnej lokacji na prawie lubeckim? Otóż nie do końca. Początkowo była to ulica normalnej szerokości, aby dwa zaprzęgi konne mogły się minąć. 

   W roku 1685 ówczesny burmistrz Bunk wpadł na pomysł wybudowania wąskiego i umocnionego kanału, właściwie rowu, do zaopatrywania miasta w wodę. Brał on swój początek na południowo-wschodnim brzegu jeziora Sarbsko, następnie biegł ulicą Łąkową do Kościuszki i tam skręcał w prawo. Patrząc na północ, był on usytuowany prawdopodobnie bliżej prawej strony ulicy i kończył swój bieg w kanale Chełst. Za prawą stroną ulicy przemawia fakt, że w tym wypadku nie trzeba by korzystać z mostka do jego pokonania. Nowo budowane domy coraz bardziej oddalały się od rowu tak, że po latach powstała normalnej szerokości ulica z rowem po boku. 

   Trudno sobie wyobrazić, żeby woda z jeziora Sarbskiego mogła służyć do picia, ale do celów gospodarczych nadawała się jak najbardziej. Istnienie tylko kilku publicznych studni w mieście zmuszało mieszkańców do kursowania kilka razy dziennie z wiadrami, zawieszonymi na specjalnych nosidłach, zwanych szundami. Dzięki kanałowi wodę do prania, mycia, pojenia zwierząt i podlewania ogrodów można było czerpać tuż przed domem. Kanałowi należy też przypisać niebagatelną rolę w czasie pożarów. Głównie używanym sprzętem gaśniczym były wiadra, które tym sposobem można było nieograniczenie często i szybko napełniać. 

   W roku 1855 tę namiastkę wodociągu zasypano i w ten sposób powstała piękna, szeroka ulica. W ostatnim roku istnienia rowu, przestał on faktycznie dostarczać wodę. Przyczyną było zlikwidowanie spiętrzenia młyńskiego na kanale Chełst, co spowodowało znaczne obniżenie lustra wody na jeziorze Sarbsko i przy niskim stanie wody rów doszczętnie wysychał.

   Proszę zwrócić uwagę na szerokość ulicy Kościuszki łącznie z chodnikami, do skrzyżowania z ulicą Łąkową i od Łąkowej w stronę kanału Chełst. Drugi odcinek, na którym znajdował się omawiany rów, jest zdecydowanie szerszy od pierwszego.

   Usytuowanie kościoła, spichrza i targowiska przy obecnej ulicy Powstańców Warszawy oraz jej długość sugerują, że to raczej ona była kiedyś główną ulicą miasta. Nie ma na to niestety jednoznacznych dowodów. Ulica Kościuszki istniała od początku i była połączona z Powstańców Warszawy kilkoma przecznicami. Są to obecne ulice Piekarska, 11 Listopada, 1 Maja, Kościelna i Piwna. Dla porządku dodam, że po II wojnie św. na miejscu placu targowego urządzono skwer.


Po przeniesieniu miasta na prawy brzeg rzeki Łeby, kluczowe elementy urbanistyczne umieszczono po sąsiedzku, przy obecnej ul. Powstańców Warszawy (daw. Marktstrasse, czyli ul. Targowa). Czy to było ówczesne centrum miasta?

   Mieszkańcy nowej Łeby dysponowali już 40 łanami gruntów rolnych (1 łan - ok.17 ha), od których odprowadzali 66 talarów (Reichstaler) i 16 groszy rocznej kontrybucji (podatku). Jeden talar dzielił się na 24 grosze i zawierał 25,984 gramy srebra. Można było za niego nabyć 12 kg chleba albo 6 kg mięsa. 

   Jednego talara kosztowała para butów czy odświętna koszula. Wynagrodzenie urzędnika magistratu wynosiło ok. 100 talarów, a mistrza rzemieślniczego od 200 do 600 talarów rocznie. Uposażenie żołnierza było raczej symboliczne i wynosiło 24 talary rocznie. To były czasy, gdy wojsko utrzymywało się na wojnie samo.

   Grabieże, branie łupów, plądrowanie obór i kurników było czymś zupełnie normalnym i powszechnie akceptowanym, oczywiście oprócz poszkodowanych. Jeszcze gorzej była opłacana służba. Wprawdzie miała zapewniony dach nad głową i wikt podobnie jak żołnierze w czasie pokoju, ale musiała się zadowolić kilkoma talarami rocznie.

   Tereny wydmowe na północ oraz na wschód i zachód od miasta były pokryte wrzosem i roślinnością wydmową. Nie rosły tam żadne drzewa, a jedynymi zwierzętami, które mogły się na niej wyżywić, były owce. One dobrze sobie radzą na wrzosowiskach w poszukiwaniu jadalnych traw. Setki tych niewybrednych zwierząt dawały swoim właścicielom mleko, mięso, wełnę i skóry. Hodowla świń opierała się na paszy zielonej, przede wszystkim na komosie białej, która jest dość pospolitym chwastem. W okresie zimowym świnie karmiono żołędziami, buczyną i brukwią. 

   Kartofli jeszcze nie znano. Ich uprawa rozpowszechniła się na dobre dopiero w XVIII w. Liche, piaszczyste lub podmokłe ziemie nie dawały dobrych plonów. Bardziej nadające się do uprawy grunty w okolicy należały do majątku Neuhof (Nowęcin). Tucz prowadzono przez rok i dłużej, do osiągnięcia przez zwierzę wagi ok. 150 - 180 kg i stosownej warstwy słoniny pod skórą, którą solono albo przetapiano na smalec.

   Mięso zwierząt poddawano długotrwałemu peklowaniu i wędzono albo wkładano do beczek i solono. Innym sposobem na przechowywanie żywności była lodownia. W okresie zimy wyrąbywano z jezior duże kawały lodu, który składowano w pomieszczeniu przypominającym ziemiankę. Topniejący lód zabierał ciepło z pomieszczenia, znacznie obniżając temperaturę powietrza,  a więc i składowanych tam produktów. Dobrze skonstruowana i zaizolowana lodownia potrafiła działać przez cały rok od zimy do zimy. Niestety nic nie wiemy, o używaniu lodowni w mieście.

   Istniało na pewno kilka wędzarni i warsztatów rzemieślniczych. Zachowała się wzmianka z 12 lutego 1632 roku o założeniu cechu szewców i garbarzy. W tym czasie działały w mieście 4 warsztaty szewskie, które w pełni pokrywały zapotrzebowanie ludności w obuwie. Dwóch miejscowych kupców zaopatrywało miasto w przyprawy i towary kolonialne, ale też w drewno opałowe i tarcicę. Ława rzeźnicka działała tylko w początkowym okresie istnienia miasta i później została zlikwidowana. Najpewniej było to spowodowane nieopłacalnością.

   W tamtych czasach chleb, mimo że był bardzo drogi, stanowił podstawę wyżywienia i dorosły człowiek zjadał ok. kilograma dziennie. Zapewne ze względu na oszczędności wypiekano go własnym przemysłem, dlatego w Łebie nie było piekarni. Właściwie rzecz ujmując, w histori Łeby pojawianie się ław chlebowych miało charakter cykliczny. Na przykład przez długie dziesięciolecia w mieście nie było żadnej piekarni, a potem w krótkim okresie powstały dwie i tak w kółko. W niektórych wsiach i miasteczkach pomorskich funkcjonowały publiczne piece do wypieku chleba, będące wspólną własnością. Między innymi takie piece działały jeszcze do początku XX wieku w Żarnowskiej. 

   Chleb wypiekano raz na tydzień, czasami na dwa tygodnie, na zapas. Do jego wyrobu używano mąki żytniej lub żytniej śruty chlebowej, która była dużo tańsza od mąki pszennej i zapewniała bochnom dłuższą trwałość. Trzeba dodać, że ówcześnie średnia wydajność żyta i pszenicy wahała się w granicach zaledwie 7-9 kwintali z hektara. Z tego około połowę trzeba było przeznaczyć na materiał siewny w myśl przewidywań, że z kilograma ziarna siewnego uzyska się dwa kilogramy plonów. Mając na względzie słabe ziemie w okolicach Łeby, plonowanie musiało być niższe od średniej. 

   W takich warunkach z jednego hektara można było wyprodukować co najwyżej od 300 do 400 kg mąki. Chodzi oczywiście o areał pod zasiewem, gdyż w stosowanym wtedy systemie trójpolowym, jedna trzecia ziemi leżała na przemian odłogiem. To, plus stosunkowo wysokie opłaty za przemiał powodowało, że chleb był bardzo drogi.

   Miejscowy młyn zaopatrywał mieszkańców w mąkę i inne produkty młynarskie. Podsiębierne koło młyńskie było napędzane wodami kanału Chełst, który do 1945 roku nosił nazwę Mühlengraben (Rów Młyński, albo Struga Młyńska). Był on zlokalizowany ok. 30 metrów na wschód od obecnego mostu miejskiego.

   Biorąc pod uwagę warunki hydrologiczne rzeki Łeby, niemożliwością było wybudowanie spiętrzenia i efektywnie pracującego młyna nad jej brzegami. Dogodną możliwość stwarzało jezioro Sarbsko poprzez strugę, gdyż wysokość lustra wody wynosi tam obecnie 0,5 metra n.p.m. i jest znacznie wyższa niż na jeziorze Łebskim. 

   Wprawdzie na rycinie niemieckiego kartografa Lubinusa z 1618 roku, widzimy młyn wodny zlokalizowany w końcowym odcinku rzeki Łeby, ale należy przypuszczać, że miało to wyłącznie znaczenie symboliczne. Dzięki temu autor chciał przedstawić, że miasto w ogóle posiadało młyn. Dowodem mojej tezy niech będzie akt lokacyjny, w którym czytamy: My bierzemy w nasze posiadanie młyn i strugę młyńską z prawem obniżania i spiętrzania na niej wody... 

   Z przytoczonego cytatu jasno wynika, że spiętrzenie wody znajdowało się na strudze młyńskiej, czyli dzisiejszym kanale Chełst. Dlatego datowanie młyna w tym miejscu, przypada co najmniej na okres lokacji miasta w 1357 roku.

 



Widokówka z pierwszej dekady XX wieku, przedstawiająca kanał Chełst, widziany z mostu miejskiego. Po lewej stronie widoczny fragment niezabudowanej jeszcze ulicy Nad ujściem. Do 1855 roku, po prawej stronie fotografii, pracował młyn wodny.




Kolejna widokówka z tego okresu przedstawia to samo miejsce, widziane z drugiej strony. Po lewej stronie znajdują się zabudowania dawnego młyna wodnego, w głębi most miejski. Napis na widokówce błędnie informuje, że ujęcie wykonano nad rzeką Łebą.  



Na tej posesji nad Kanałem Chełst, do 1855 roku pracował młyn wodny

Foto: Jacek Łakis


    Dzięki spiętrzeniu na strudze uzyskano jeszcze kilkadziesiąt centymetrów wysokości lustra wody i to wystarczyło do napędu koła. Młyn wodny i wiatrak w Łebie są wymieniane już w księgach czynszowych z okresu krzyżackiego. W tamtym czasie na ziemi lęborskiej pracowało 12 młynów. Między innymi w Lęborku, Białogardzie, Krępie i Ulini.

   Brak danych nie pozwala na precyzyjne ustalenie daty powstania młyna wodnego w Łebie. W Pomorskiej Księdze Metryk (nr od 401 do 403), w roku 1286 są zapisy o młynie wodnym we wsi Choscesic, która znajdowała się w rejonie obecnej oczyszczalni ścieków. Jak wspominałem wcześniej, była to pierwotna Łeba, zanim pojawiło  się obecnie zasypane przez wydmy miasto przy ul. Turystycznej, powszechnie znane jako Stara Łeba. Jednakże nie chodziło tu o młyn na kanale Chełst. Tam przeniesiono go nieco później, zapewne z uwagi na nieprzewidywalność rzeki Łeby i niewielką moc przemiałową. 

   Ostatniego przemiału w łebskim młynie dokonano przed jego likwidacją w 1855 roku, a w zamian powstały dwa wiatraki. Jeden z nich był zlokalizowany w okolicach cmentarza przy ul. Nowęcińskiej, a drugi w rejonie skrzyżowania ul. Szkolnej i Brzozowej. Po raz ostatni zaprzęgnięto w nim wiatr w 1932 roku, następnie uległ likwidacji. Jego ostatnim właścicielem był Karl Pardeike.

 

                                   Wiatrak przy ulicy Nowęcińskiej, na fotografii z początków XX wieku.  

Widokówka z początków XX wieku, przedstawiająca wiatrak przy Aleji Brzozowej

   W Łebie nie stacjonował garnizon. Rekruci na danym terenie byli przypisani do określonej jednostki wojskowej. XVIII wiek był to okres, kiedy stopniowo przechodzono na powszechne szkolenie wojskowe, niezależnie od tego czy akurat była wojna, czy nie. Obowiązek służby dotyczył szlachty, mieszczan i chłopów pod warunkiem, że posiadali własny dom lub grunty rolne. Nie podlegali jej ludzie nie posiadający nieruchomości, a więc przede wszystkim biedota, robotnicy na majątkach, czeladnicy, służący, włóczędzy itp...

   W nieciekawej sytuacji były mieszczańskie wdowy, gdyż i one podlegały ,,poborowi". Oczywiście nie w sensie dosłownym, lecz w miejsce zmarłego męża musiały znaleźć zastępcę, który - zapewne za odpowiednią opłatą - godził się iść w kamasze. Dopiero w połowie XIX wieku zaczęto tworzyć okręgowe komendy rekrutacyjne w formie zbliżonej do współczesnych. Na potrzeby armii rekrutów wcielał w różnym czasie m.in. 17 pułk piechoty z Koszalina (Cöslin) i Darłowa (Rügenwalde), 2 batalion 21 pułku i 1 pułk dragonów.

   W omawianym czasie, jak podaje encyklopedia ekonomiczna Johana Georga Krünitz’a z lat 1773-1858, na jeziorach Łebsko i Sarbsko prowadzono tak intensywne i rabunkowe odłowy, że z czasem rybacy nie byli w stanie zabezpieczyć się finansowo i aprowizacyjnie na zimę. Wielu z nich porzuciło wówczas rybactwo na rzecz rolnictwa, gdyż prawie wszyscy rybacy jeziorowi byli dwuzawodowi i posiadali kawałek ziemi lub pracowali w gospodarstwach rodzinnych. W miarę upływu lat rybostan na omawianych jeziorach uległ odbudowie.


Niełatwo było o męża


   Niebezpieczna praca rybaków wiązała się z dużą śmiertelnością, dlatego charakterystyczna dla tamtych czasów jest spora nadwyżka kobiet w mieście. Było to źródłem trosk ówczesnych dziewcząt, bo staropanieństwo spychało je na margines życia społecznego i mogło być powodem mniej, czy bardziej uzasadnionych podejrzeń o niemoralne prowadzenie się. Stan znacznej nadwyżki kobiet był notowany jeszcze w XX wieku.

    Głównymi przyczynami wypadków na morzu był nie zawsze odpowiedni stan techniczny jednostek i wyposażenia, warunki pogodowe, błędna nawigacja, zmęczenie, czasem opilstwo załogi i brak sprzętu ratunkowego. Drewniane łodzie ulegały zmurszeniu i rozszczelnieniu. Wypłowiałe żagle nie wytrzymywały silniejszych podmuchów i się darły, powodując niesterowność jednostki. Trudno było przewidzieć pogodę wychodząc z portu. System prognozowania na ,,nosa" nie zawsze przewidywał sztormy, burze i wichury. 

   O ile prowadzenie nawigacji z widocznością brzegu nie nastręcza trudności, to dalsze wyprawy wymagały dużej wiedzy, map i przyrządów, a mało który rybak nimi dysponował. Prymitywny sprzęt ratunkowy nie dość, że był drogi, to jeszcze zajmował sporo miejsca na łodzi, więc z niego rezygnowano. Inną przyczyną ,,deficytu" mężczyzn była ich praca w żegludze dalekomorskiej, wiążąca się niejednokrotnie z opuszczeniem miejscowości na zawsze.

   Od XVIII wieku obserwujemy ciekawe zjawisko demograficzne. Wielodzietność rodzin była zjawiskiem normalnym... ale nie w Łebie. O ile rodziny rybackie niejednokrotnie posiadały po 6 i więcej dzieci, o tyle rodziny utrzymujące się z rolnictwa co najwyżej dwoje. Najstarsi synowie rybaków przejmowali rzemiosło po ojcu, a pozostali bez problemów zaciągali się do rybołówstwa dalekomorskiego albo floty wojennej lub handlowej. Ceniono ich o wiele bardziej niż marynarzy z przypadkowych zaciągów, którzy traktowali pracę na morzu jako zło konieczne. Wśród ludności rolniczej istniał problem dziedziczenia gruntów, a dokładniej ich rozdrobnienia. 

   Mały areał nie pozwalał na utrzymanie się rodziny, a dla tych ludzi nie istniała alternatywa zatrudnienia ani w mieście, ani w okolicy. Mało który gospodarz marzył o karierze parobka dworskiego dla swoich synów. Córki przeważnie wychodziły za mąż za miejscowych, a jak którejś pechowa natura poskąpiła urody i ojce posagu, to szła na służbę do majątku.

   Proces rozdrobnienia gospodarstw rolnych poprzez dziedziczenie jest do dzisiaj widoczny na obszarze byłego zaboru rosyjskiego i austriackiego. Anegdota mówi, że jak krowa stoi na polu, to łeb ma na jednej, a ogon na drugiej miedzy. W XVIII wieku Łeba uzyskała prawo handlu i składowania soli, będącej ówcześ
nie towarem akcyzowym.



Najstarszy dom i stroje ludowe


   Zachowanym przyk
ładem osiemnastowiecznej architektury jest dom przy ulicy Kościuszki 86, ówcześnie Hauptstrasse 18. Jest to budynek dawnej wędzarni, zbudowany z pruskiego muru w 1723 roku, przez miejscowego kupca i armatora Johanna Mampe. Nad oknami pierwszego piętra widoczna jest pozioma drewniana belka z łacińskim, częściowo zachowanym napisem: ,,DEVS  PROTECTOR ET ADVITOR MEVS”. W wolnym tłumaczeniu oznacza to: ,,Bóg moją ochroną i pomocą”. Pozostała część napisu w języku niemieckim brzmiała: ,,Herr, ich lasse Dich nicht, Du segnest mich denn" (Panie, nie opuszczę ciebie, pobłogosław mnie)  JOHANN MAMPE. 18 JVLI  1723" (Jvli=Juli= Lipiec). Belka została zrekonstruowana w 2003 roku i jest pięknym, namacalnym znakiem tamtych czasów *.
____________
*) Manferd Lawrenz - Homepage   


Łeba, ulica Kościuszki 86. Fotografia przedstawia najstarszy dom w mieście, wybudowany w 1723 roku. Stan z 2006 roku.                                                                                                                         Foto: Karol Trylewicz

   


Na belce nad oknami pierwszego piętra, zachował się czytelny, snycerowany napis z rokiem budowy; Anno 1723                                                                                                                                 Foto: Karol Trylewicz

   Uważny obserwator spacerujący ulicą Kościuszki zauważy, że bardzo wiele domów, zwłaszcza po wschodniej stronie, stoi nie frontem, a szczytem do ulicy. Jest to układ urbanistyczny, pozwalający na duże zagęszczenie budynków atrakcyjnie położonych przy głównej ulicy lub przy lokacji miasta na prawie magdeburskim, wokół rynku. Za domami znajdują się podwórza, ogrody i budynki gospodarcze, a dojazd do nich jest możliwy od frontu i od zaplecza, czyli ulic równoległych z ul. Kościuszki. 
   
   W tym miejscu warto powiedzieć kilka słów o odświętnym ubiorze ludności  w Łebie i okolicach. Różnił się on diametralnie od stroju Kaszubów z rejonu pucko-bytowskiego i jeziora Jamno. Chara- kterystycznym elementem  ubioru mężczyzny była biała sukienna kurtka do bioder z białymi guzikami, podszyta czerwonym materiałem. Czarne spodnie sukienne, szerokie w udach, zwężające się od kolan, zakończone grubymi, białymi skarpetami z wełny do połowy łydki. Na nogach mężczyźni nosili niskie, czarne trzewiki,  wiązane z przodu. Nakryciem głowy była czarna, wysoka na ok. 12-15 cm czapka, płasko zakończona czerwonym materiałem. 

   Ubiór kobiety składał się z białej, szerokiej w barkach bluzy z wysokim kołnierzykiem wokół szyi. Na wierzchu - czarna kamizelka zapinana barwnym ozdobnikiem na piersi. Wełniana, falbowana  spódnica koloru czerwonego z szeroką czarną obwódką u dołu. Na nogach białe, cienkie skarpety do kolan i czarne trzewiki. Nakrycie głowy było podobne jak u mężczyzn, jednak bardziej delikatne, z białym zwieńczeniem i czerwonymi obwódkami u dołu i góry.

   Powyżej opisany strój odświętny nie był noszony przez wszystkich mieszkańców Łeby. Zjawiska migracyjne powodowały, że ludność napływowa używała strojów z rejonów swojego pochodzenia. Natomiast szlachta i bogate mieszczaństwo nosiły stroje bardziej wytworne, w większym stopniu poddające się kanonom aktualnej mody.
   



Budowa portu na jez. Łebsko


   W drugiej połowie XVIII wieku podjęto próbę regulacji rzeki Łeby na wielką skalę. W ciągu godziny oddaje ona do morza średnio 43 tys. m³ wody, a poziom lustra wody na jeziorze Łebsko waha się w granicach 80 cm. Problemem był ostatni odcinek rzeki, łączący jezioro z morzem. W czasie sztormów, czy wiosennego spływania kry z jeziora, rzeka stawała się nieprzewidywalna i niosła ze sobą niebezpieczeństwo zniszczenia miasta.

   W roku 1777 wysoki urzędnik rządu pruskiego w randze tajnego radcy (Geheimrat - odpowiednik wysokiego urzędnika w ministerstwie), specjalista od rekultywacji mokradeł i budowy kanałów Franz Balthasar Schönberg von Brenkenhof, przystąpił do przekopywania Mierzei Łebskiej w rejonie Góry Łąckiej. Miał do dyspozycji pokaźną jak na tamte czasy sumę 15 tys. talarów. 

   Wyszedł on z założenia, że wyprowadzenie ujścia rzeki najkrótszą drogą do morza, pozwoli na obniżenie lustra wody na jeziorze, co doprowadzi do osuszenia żyznych areałów wokół jego południowych i zachodnich brzegów. Główną jednak przyczyną była budowa portu morskiego na jeziorze. Głęboki i umocniony kanał portowy oraz osłona przed falami dzięki Mierzei Łebskiej, miały gwarantować bezpieczeństwo i funkcjonalność portu.

   Tak się jednak nie stało. W ciągu dwóch lat wykopano kilometrowy kanał o szerokości 30 metrów, uzyskując nowe połączenie jeziora Łebskiego z morzem. 4 marca (1-go?) 1779 roku, potężne fale morskie zniszczyły budowlę i zalały okoliczne tereny oraz część miasta. Rok później Brenkenhof zmarł, a w 1783 r. zaniechano dalszych robót i kosztem 6 tys. talarów kanał zasypano.

Fragment mapy Pomorza z okresu budowy kanału na Mierzei Łebskiej. Miejsce oznaczone strzałką jest dowodem, że uzyskano połączenie jeziora z morzem.

Wykonanie kanału w takim środowisku musiało być przedsięwzięciem niezwykle trudnym i jak się okazało, nietrwałym. Widokówka z ok. 1920 r,



Budowniczy kanału - Franz Balthasar Schönberg von Brenkenhof (1723-1780)


   Niektórzy autorzy w przypływie fantazji podają, że na skutek chybionego projektu Brenkenhofa i poniesionych w związku z tym strat, pozbawiono go godności i karnie powołano do wojska. Rzeczywistość wyglądała jednak nieco inaczej. Zarzucono mu defraudację rządowych pieniędzy przy wykonywaniu wcześniejszych inwestycji, niegospodarność i brak przejrzystości w dojściu do dużego majątku. Von Brenkenhof już wtedy był ciężko chory, więc o karnym wcieleniu do wojska nie może być mowy.

   Jeszcze na łożu śmierci przysięgał o swojej niewinności i prosił samego króla o łaskę i opiekę. Przeprowadzone dochodzenie doprowadziło do utraty majątku, którego większą część rodzina później odzyskała. Zmarł 21 maja 1780 roku w Karzig koło Freidebergu w wieku 57 lat.

   Andrzej Piotrowski z Państwowego Instytutu Geologicznego opisuje pewne ciekawe zjawisko, zbiegające się w czasie z działalnością Brenkenhofa w Łebie: 

,,1 marca 1779 roku wysoka fala zalała część Łeby i przeniosła statek do ogrodów gdzie osiadł. Trzy godziny później morze cofnęło się od wybrzeża w Kołobrzegu, mimo że pogoda była spokojna. Jednocześnie na przyległym lądzie ludzie obserwowali dziwne zachowanie zwierząt w polu. Odgłosy dudnienia sugerują wstrząs sejsmiczny jako przyczynę tego zjawiska.”
   
   Jeżeli rzeczywiście wysoka fala, która zalała miasto i zniszczyła zalążek nowego portu w marcu 1779 roku powstała na skutek aktywności sejsmicznej, to Łebę nawiedziło tsunami!!! Miejscowa ludność nie znając przyczyn dudniących odgłosów morza, obwiniła o nie wyimaginowanego stwora, zwanego "niedzwiedziem morskim". Legenda o nim, przekazywana z pokolenia na pokolenie, przetrwała w wielu miejscowościach nadbałtyckich aż do XX wieku.
 
   Również inne, podobne i gwałtowne zjawiska nie mające jednak przyczyn sejsmicznych przypisywano mitycznemu niedzwiedziowi. Zjawisko to występowało przy różnych stanach morza i atmosfery, od kompletnej ciszy do huraganu. Fenomen "niedźwiedzia morskiego" nie został do dzisiaj wyjaśniony. 
    


Trochę statystyki

 

  W 1791 roku miasto liczyło 514 mieszkańców. Dla porównania, liczba ludności Lęborka wynosiła wtedy 1383, a Słupska 4335.  Oto dalsze dane:

Urodzenia
- 23 dzieci, w tym jedno nieślubne.

Zgony - 11 osób, w tym 8 mężczyzn (nadumieralność mężczyzn).

Śluby
- zawarto 8 związków małżeńskich.

Domów mieszkalnych - 104, w tym 94 kryte słomą.

Stodoły - 51.

Studnie (pompy ręczne) publiczne i prywatne - 10. 

   Wśród mieszkańców nie było osób narodowości żydowskiej. Przywilej targowy  pozwalał na organizowanie trzech jarmarków w roku: dwie niedziele przed Wielkanocą, w dniu św. Jana (24.06.) i św. Michała (29.09). Dniem targowym był piątek*  .  

   Jarmark tym różnił się od zwykłego handlu na targowisku, że było to wydarzenie o charakterze ponadlokalnym, na które zjeżdżali kupcy nawet z odległych stron, prezentując towary niewystępujące na miejscowym rynku. Była to okazja do zakupu świecidełek, a także dobrych tkanin, nakryć głowy, towarów zamorskich, dewocjonaliów, narzędzi i ku uciesze latorośli, słodyczy. Na jarmarki przyjeżdżali też kuglarze i wędrowne trupy, oferujące lekki program artystyczny dla spragnionego rozrywki społeczeństwa.  

   Jeszcze kilka wieków temu granice państwowe istniały tylko na mapach, dlatego między innymi swobodna migracja na pograniczu skutkowała dwujęzycznością ludności. Przydrożny słup informujący o wkraczaniu na obszar innego państwa nie robił na nikim wrażenia, a zwłaszcza na kupcach. Znana jest obecność kupców z ziemi lęborskiej na targach i jarmarkach w Gdańsku i na odwrót - kupców gdańskich w Lęborku. 

   Spełniali oni przy tym funkcję, którą współcześnie nazywamy środkami masowego przekazu. Targi i jarmarki oprócz funkcji czysto handlowych, odgrywały rolę pośrednika w wymianie informacji. Kupcy pozostawiali nowinki, a zabierali w świat wiadomości o wydarzeniach w mieście. Taki obieg informacji często przeradzał się w zwykłą plotkę i nie bardzo było wiadomo, czy to Szwed napadł, czy Szweda napadli. Procederu nielegalnego przekraczania granicy nie ukróciły nawet oficjalne zakazy z lat 1542 i 1611.    
   
   Ciekawostką jest istnienie w Łebie niezwykle silnego lobby szewskiego. Sprzeciwiło się ono konkurencji obcych szewców na jarmarkach i swego dopięli. Ze swymi petycjami zaszli do samego króla pruskiego Fryderyka I (panowanie 1701-13),  który stanął po ich stronie i zakazał obcym szewcom handlowania w Łebie. W pierwszej ćwierci XVIII wieku, pracowało już siedem warsztatów szewskich. Dobre buty były towarem drogim i luksusowym, bardzo oszczędnym w użytkowaniu. Na co dzień noszono zwykle chodaki lub najtańsze buty, a  od święta czy do kościoła zakładano buty najlepsze. 

   Dzieci w ciepłych porach roku biegały przeważnie boso i ,,dziedziczyły” obuwie po starszym rodzeństwie. Tylko zamożni obywatele mogli na co dzień chodzić w wysokich butach. Dobre obuwie było zarazem oznaką ich statusu materialnego, w myśl powiedzenia ,,poznaj pana po cholewach”.  Plac targowy znajdował się w pobliżu kościoła, od jego południowej strony, przy skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Kościelnej i Powstańców Warszawy. Według stanu na dzień 31 grudnia 1800 roku - ostatniego dnia XVIII wieku - urząd burmistrza sprawował nijaki Wilke, a pastorem był Martin Georg Konstantin Magunna. 
 ____________  
 * Oeconomischen Encyclopädie (1773 - 1858) von J. G. Krünitz
    


Komunikacja pocztowa

   
   Od połowy XVIII wieku, czyli od czasu uruchomienia w Lęborku urzędu pocztowego, datuje się istnienie połączenia pocztowego Łeby z tym miastem. We wtorki i piątki pocztylion przychodził pieszo z Lęborka, zdawał pocztę, odbierał nową i jeszcze tego samego dnia wracał. Doręczyciela  w mieście nie było mimo, że ta funkcja została wprowadzona oficjalnie przez pocztę w roku 1710. Kurier sygnalizował swoje przyjście rogiem sygnałowym. Wtedy kto żyw gnał pod magistrat posłuchać nowości i ewentualnie odebrać lub nadać korespondencję.

   Poczta w tamtym czasie pełniła też funkcję przewoźnika. Jeżeli ktoś wybierał się np. do Koszalina, to musiał na własną rękę dostać się do Lęborka, następnie przesiadał się do regularnie kursującej kuczy pocztowej i za opłatą odbywał podróż. 

   W omawianym czasie w całych Prusach istniało ok. 100 urzędów pocztowych i pewna, trudna do ustalenia liczba stacji pocztowych, w których zmieniano konie, a podróżni mogli odpocząć i posilić się. Stacje pocztowe głównie znajdowały się przy zajazdach i gospodach, ale również przy wytypowanych gospodarstwach chłopskich. W dużych miastach wymiana koni odbywała się przy urzędach poczty. Opłatę za przesyłkę uiszczano do ręki, w zależności od jej rodzaju i odległości doręczenia. 

      Przyjmowano tylko przesyłki na adresy leżące przy szlakach pocztowych. W pozostałych przypadkach zainteresowani byli zmuszeni korzystać z umyślnych posłańców, zajmujących się ,,pocztą extra”. Doręczanie przesyłek w tym systemie odbywało się poprzez jeźdźców konnych, którzy pakowali listy do specjalnej sakwy z żelaznymi okuciami. Znaczki i skrzynki na listy, to melodia  następnego wieku.  

   Trudno dzisiaj powiedzieć, dlaczego pocztylion z Lęborka i wielu jego kolegów po fachu nie korzystało lub nie mogło korzystać z najpowszechniejszego środka lokomocji, jakim był koński grzbiet. Przyczyna z pewnością była, ale o niej możemy sobie tylko pospekulować. Od roku 1825 powoli  zaprzestawano w Prusach korzystania z pocztowych piechurów. 

   W celu ujednolicenia taryf pocztowych, na terenie całych Prus obowiązywał "Portotax-Regulativ", czyli Regulator Taryf Pocztowych, wydany w 1824 roku. Przewidywał on między innymi, że listy zwykłe (do 250 g) z doręczeniem do 15 km, kosztowały jednego srebrnego grosza (1/24 talara). Od 15 do 30 km opłata wynosiła półtora grosza, a od 30 do 50 km - dwa srebrne grosze. Z taką progresją taryfową dojdziemy do odległości od 150 do 225 km i opłaty pięciu srebrnych groszy. Każde kolejne 75 km kosztowało jeden grosz, ale nie więcej, niż 19 groszy za list. Znaczne uproszczenie taryf pocztowych w Prusach nastąpiło w 1850 roku. Przesyłka do 250 g i odległości od adresata do 75 km, kosztowała 1 grosz, od 75 do 150 km - 2 grosze i powyżej 150 km - 3 grosze.

    Innym  szlakiem pocztowym zahaczającym o Łebę, była linia z Wejherowa (przez Salino).  Trudno umieścić w czasie okres jej działalności, wiemy tylko, że w roku 1847 została zlikwidowana.  Była to poczta szczególnego rodzaju, nosząca tajemnicze określenie Kariolpost. Jako środka transportu używano odkrytego wozu konnego, a ewentualni pasażerowie mogli zasiadać tylko na koźle. Konstrukcja wozu była przystosowana wyłącznie do przewozu listów oraz  niewielkich paczek   i nie przewidywała miejsc dla podróżnych. 

                          Niemiecki znaczek pocztowy z 1952 roku, przedstawiający Kariolpost z roku 1852.

   Na krótkich liniach, jak Wejherowo -  Łeba, przesyłki dostarczano jeszcze tego samego dnia. Jak już wspomniałem, poczta pełniła funkcję przewoźnika publicznego. Na dalekich i chętnie uczęszczanych trasach kursowały duże dyliżanse, zabierające do 12 osób, zaprzężone w dwie pary koni. Przed dojazdem do kolejnej stacji pocztowej, pocztylion dawał sygnał rogiem. Wielorakość sygnałów pozwalała informować o jego przyjeździe i odjeździe, zbliżaniu się do stacji pocztowej i liczbie koni do wymiany. Do repertuaru wygrywanych melodii należał też sygnał wzywania pomocy, kiedy pojazd znajdował się w niebezpieczeństwie, albo ścigali go niecni opryszkowie dla pozyskania łupów. 
 
   Nie można powiedzieć, żeby podróż w tamtym czasie należała do wygodnych. Kiepski stan dróg i długie godziny spędzone w ciasnej kabinie dyliżansu, powodowały upiorne zmęczenie. Przykładowo na pokonanie odcinka z Berlina do Królewca potrzebowano 72 godzin, a z Kassel do Frankfurtu równej doby. Obecnie podróż pociągiem na tej ostatniej trasie trwa godzinę i 45 minut. Dla osób pragnących większego komfortu, poczta stawiała  do dyspozycji dyliżanse do wynajęcia. Była to bardzo droga przyjemność, dlatego podróżni za pomocą anonsów prasowych dobierali sobie kilku współpodróżnych, aby podzielić koszty. 

   Wynajęte dyliżanse pokonywały drogę zdecydowanie szybciej niż kursujące regularnie, gdyż odpadał rozkład jazdy i konieczność wymiany poczty. Jak już wyżej wspomniałem, Lębork otrzymał połączenie pocztowe dopiero w okresie panowania Fryderyka Wielkiego (1740-1786). Wcześniej nie przechodził tędy nawet szlak pocztowy z Gdańska do Berlina. Po uruchomieniu urzędu pocztowego w tym mieście  ustalono stałe terminy odpraw przesyłek, które wyglądały następująco:

1) niedziela o 4 po południu - kurier konny do Prus.
2) poniedziałek wcześnie rano - kurier konny do Berlina.
3) poniedziałek po południu - dyliżans pocztowy do Berlina.
4) wtorek o 4 po południu - dyliżans pocztowy do Berlina.
5) czwartek wieczorem - dyliżans pocztowy do Berlina.
6) piątek o 4 po południu - dyliżans pocztowy do Berlina oraz kurier.
7) sobota - kurier konny do Prus *.
____________
* F. Schultz ,,Geschichte des Kreises Lauenburg in Pommern” Lauenburg 1912

Ostemplowany znaczek pocztowy z lat 1850-71 (duże powiększenie) o wartości 3 srebrnych groszy, będących odpowiednikiem 1/8 talara. W tamtym okresie używano tzw. stempli numerycznych, bez daty i nazwy miejscowości, których numer odpowiadał konkretnemu urzędowi pocztowemu. Widoczny w centrum znaczka numer 815 należał do poczty w Łebie.

     



Demografia i rzemiosło

 




   Przedstawione w tabeli dane mają umocowanie źródłowe przede wszystkim w księgach magistrackich i parafialnych i śmiało można je uznać za wiarygodne. Problemem jest określenie liczby mieszkańców przed 1782 rokiem, z uwagi na brak lub niepewne źródła. Profesor Schulz podaje, że zachował się dokument, mówiący, że w roku 1715 mieszkańcy Łeby wypasali swoje świnie na terenach domeny smołdzińskiej. Z całą pewnością chodziło tu o rejon Rąbki, która do rzeczonej domeny należała.

   W dokumencie tym wymienia się 52 osoby z imienia i nazwiska, które posiadały razem 148 świń. Przyjmując założenie, że każde nazwisko, to głowa pięcioosobowej rodziny, uzyskamy wynik co najmniej  260 osób. Do tej liczby musimy dodać rodziny, które nie zajmowały się hodowlą tych zwierząt, a to spowoduje nieprecyzyjność obliczeń.  

   Z porównań dokonanych przez prof. Schulza dowiedzieliśmy się, że spośród wspomnianych nazwisk, 18 występuje jeszcze na początku XX wieku. Zestawiłem je ze spisem mieszkańców z 1945 roku i nie stwierdziłem odstępstw - w dalszym ciągu występowały. Oto kilka z nich: Mollemhauer, Mampe, Dreyer, Kliebe, Klingbeil, Klingebüdel, Laars i inne. Wśród tych nazwisk nie było ani jednego o brzmieniu słowiańskim.  


   Nieco wyżej pisałem o silnym lobby szewskim w XVIII wieku. Na poparcie tych słów chciałbym przytoczyć kilka zachowanych statystyk z 1782 roku, które przedstawiają strukturę demograficzną i gospodarczą Łeby. Niestety, nie posiadam bezsprzecznie pewnych danych dotyczących rybaków i wędzarni, dlatego je pominę. 

   W omawianym okresie Łeba bezapelacyjnie „szewcem stała”, gdyż w mieście pracowało aż 12 warsztatów, czyli jeden szewc przypadał na 42 mieszkańców lub inaczej licząc, zamieszkiwał w co ósmym domu, bo w tymże roku miasto liczyło 503 mieszkańców i  94 domy. Z całą pewnością pracowali oni na potrzeby szerokiej okolicy, jeździli po targowiskach i jarmarkach, być może zaopatrywali kramy w Lęborku, bo z samej Łeby nie byliby w stanie się utrzymać. 

Liczba warsztatów szewskich w Łebie w poszczególnych latach.

1632 - 4

1725 - 7

1782 - 12

   Drugim pod względem liczebności rzemiosłem, było piekarstwo. W mieście znajdowały się trzy ławy chlebowe, które spokojnie radziły sobie z pokryciem popytu na pieczywo. Pod koniec XVIII wieku zboże, a więc i mąka nie były już tak okropnie drogie, jak jeszcze dwa wieki temu. Postęp w rolnictwie przyniósł znacznie wyższe plony, tym samym obniżając ich cenę, dlatego spora część mieszkańców kupowała chleb, a nie piekła własnym przemysłem. Istnienie aż trzech ław chlebowych w tak niewielkim mieście jest pośrednim dowodem, świadczącym o zamożności mieszkańców. 

   Podobnie licznym rzemiosłem w Łebie było okrętnictwo, reprezentowane przez trzech armatorów. Ich zadaniem było transportowanie towarów na morzu. W tamtym okresie Łeba była znaczącym ośrodkiem handlu tarcicą, wytwarzaną w rejonie lęborskim oraz produktami rolnymi. Na potrzeby rybaków i armatorów w mieście pracowały dwie szkutnie, zajmujące się budową i naprawą łodzi, kutrów i statków. 

   Sprawami zaopatrzenia miasta w towary kolonialne i przemysłowe zajmowało się dwóch kupców, którzy dodatkowo handlowali tarcicą i drewnem opałowym. Nad gaszeniem pragnienia mieszkańców, tudzież dobrym samopoczuciem smakoszy, czuwało dwóch browarników, którzy wytwarzali nie tylko tradycyjne piwo, ale też podpiwki, piwa ciemne i inne napoje orzeźwiające. Amatorzy nieznacznie mocniejszych trunków, mogli się zwrócić do winiarza, który zajmował się produkcją win owocowych i był jedynym przedstawicielem tego zawodu w Łebie. 

   Branżę tekstylną reprezentowało dwóch tkaczy i tyluż krawców oraz jeden fachowiec, zajmujący się spilśnianiem tkanin wełnianych (folusznik). Porównałem liczby krawców w innych miastach z liczbą ich mieszkańców i wyszło mi, że łebscy krawcy mogli narzekać na nadmiar pracy. Oczywiście tylko wtedy, gdyby ich zakłady były jednoosobowe. 

   Obok jednego kowala, który podkuwał konie, wykonywał i naprawiał narzędzia rolnicze, płoty, bramy, balustrady i wiele innych różności, w mieście był też warsztat ślusarski. Do jego domeny należało wytwarzanie kłódek, zamków do drzwi, dorabianie kluczy, nitowanie, lutowanie, przecinanie, szlifowanie, ostrzenie, wiercenie elementów metalowych itp. Nad sprawnością broni myśliwskiej, wytwarzaniem krzesiw i kul, czuwał miejscowy rusznikarz. W branży drzewnej pracowali po jednym stolarzu, bednarzu i tokarzu. Ten ostatni zajmował się też toczeniem w metalu. 

   Nad zdrowiem i urodą obywateli Łeby czuwał balbierz, który zajmował się obcinaniem włosów i wrośniętych paznokci, usuwał zęby, leczył rany i wrzody, przystawiał pijawki, puszczał krew, nastawiał zwichnięcia i złamania, zajmował się drobną chirurgią itp. 

   Niestety na tym kończą się moje źródła o życiu gospodarczym w mieście w 1782 roku, a nie wiemy nic o tak pospolitych rzemiosłach, które z pewnością były w mieście reprezentowane, jak chociażby murarstwo, ciesielstwo, dekarstwo, garncarstwo, sieciarstwo, czy wzmiankach o karczmie lub karczmach.

 


Królewskie plany i kartofle


   W połowie XVIII wieku, a dokładnie w 1753 roku,  król pruski Fryderyk II (Wielki) przedstawił plan ożywienia gospodarczego w rejonie rzeki Łeby. Pomysłodawcą i realizatorem projektu, był radca wojenny Uhl. W tym celu zaproponował on utworzenie od podstaw nowego miasta i zasiedlenie go ludnością pochodzenia żydowskiego. Miała ona rozwinąć handel i doprowadzić do wzrostu wymiany towarowej na arenie ponadregionalnej, w tym przede wszystkim z Polską. Wkrótce jednak plany wzięły w łeb i król wycofał projekt z realizacji. Główną przyczyną były obawy o konkurencję Żydów z jego chrześcijańskimi poddanymi (sam był agnostykiem), która mogła doprowadzić do upadku rodzimej przedsiębiorczości i dominacji gospodarczej niechrześcijan. 

   O ile na początku właśnie rozwój, a więc i konkurencja miały być motorem napędowym przedsięwzięcia, o tyle tych samych argumentów użyto przy jego zaniechaniu. Poza tym zaproponowany przez pomysłodawców obszar do zasiedlenia nad brzegami jeziora Sarbsko w pobliżu Nowęcina, był daleki od wymarzonego. Moczary i bagna nie za bardzo nadawały się na tereny budowlane. Przedstawiona alternatywna lokalizacja miała te same wady co poprzednia. 

   Aktywność gospodarcza ludności żydowskiej na Pomorzu była znikoma. Tylko niewiele ponad sto osób posiadało licencję na handel, a i tak większość z nich miała stałe miejsce zamieszkania w Polsce. W tym czasie żaden mieszkaniec Łeby nie był wyznania mojżeszowego, a pierwsza wzmianka o Żydach w mieście pochodzi z roku 1795 i mówi o dziesięcioosobowej rodzinie. W roku 1812 było to 16, a 20 lat później 2 osoby. W całej historii w Łebie nie zamieszkiwało więcej niż 16 Izraelitów jednocześnie.

   Fryderyk II, zwany potocznie Starym Frycem (Alte Fritz) był władcą, któremu Pomorze zawdzięcza ziemniaki. Był on wielkim admiratorem tej rośliny, w której upatrywał środka na pokonanie okresowych klęsk nieurodzaju, skutkujących głodem. Początkowo ludność podchodziła sceptycznie do ziemniaków, dopatrując się w nich śliny diabła. Nic też dziwnego, skoro niektórzy mieli bardzo nieprzyjemne dolegliwości po zjedzeniu zielonych owoców z części nadziemnej. W latach 1744/45, Fryderyk II polecił w ramach ogromnej kampanii wysłanie ludzi w teren, z zadaniem darmowego rozdziału kartofli po kmieciach i majątkach, w celu rozpropagowania uprawy i sposobów konsumpcji. 

   Jego zamiar nie przyniósł spodziewanego efektu, gdyż ludność w dalszym ciągu podchodziła do tej nowości z dużą rezerwą. Dlatego w roku 1756 wydał tzw. rozkaz kartoflany, zobowiązujący posiadaczy gruntów rolnych do uprawy tej rośliny na określonym areale. Nad jego przestrzeganiem czuwały wydzielone jednostki dragonów. Naród po latach w końcu  się przekonał i zrozumiał, że relatywnie tanie kartofle mogą z powodzeniem zastąpić drogi chleb, kaszę i potrawy mączne, oraz można ich używać do tuczu świń, znakomicie racjonalizując koszty hodowli. 
   
     Sto lat po wydaniu rozkazu kartoflanego, statystyczny Pomorzanin konsumował rocznie 119 kg kartofli, a w 1875 roku już 198 kg. W celach porównawczych podaję, że w roku 2005, spożycie kartofli w Polsce wynosiło 128 kg na głowę mieszkańca, natomiast w Niemczech znacznie mniej - 74 kg.

Obok niewątpliwie wielkich  zasług Fryderyka II w rozwoju oświaty, gospodarki, rolnictwa, rozbudowie armii i administracji oraz w usprawnieniu sądownictwa Prus, chciałbym przypomnieć, że był on jednym z autorów i beneficjentów I rozbioru Polski w 1772 roku.

 
  

  Copyright © 2007 by Jarosław Gburczyk 
 Prawa autorskie zastrzeżone

 
  14 Odwiedzający (34 Wejścia) dzisiaj.